O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.
sobota, 28 maja 2011

 

 

Natchniona licznymi i pozytywnymi recenzjami książek autorstwa pani Jodi Picoult postanowiłam wreszcie wziąć w swoje łapki jedną z nich.
Jakiś czas temu, korzystając z możliwości kupna „Świadectwa prawdy” w okazyjnej cenie i uprzednio zdopingowana opisem w/w, w swojej wypełnionej po brzegi biblioteczce zrobiłam miejsce dla tej pisarki. Póki co tylko dla jednego tytułu, a czy będzie więcej ? Za nim odpowiem na to pytanie kilka słów o samych bohaterach tego tytułu.

Amisze to wspólnota religijna, której korzenie leżą w protestantyzmie. To co od razu przychodzi na myśl w skojarzeniu z tymi ludźmi co specyfika ich rygorystycznego
(z perspektywy wielu z nas) Ordnungu. Kto z nas wyobraża sobie życie w dzisiejszych czasach bez aut, telefonów i energii elektrycznej ? Chyba nikt. Natomiast dla nich to część ich zasad wedle, których żyją, i które definitywnie wpływają na ich światopogląd.
Najważniejsza jest dla nich religia, ciężka praca i życie w zgodzie z bliskimi gdzieś na uboczu, tam gdzie macki cywilizacji dotykają ich w jak najmniejszym stopniu.

W takich właśnie okolicznościach toczy się akcja powieści „Świadectwo prawdy”. Na jednej pensylwańskich farm Amiszów życie toczy się tym samym torem każdego dnia. Rozpoczyna się wcześnie rano od obrządku przy zwierzętach. To właśnie tam, w oborze dla krów, zostają znalezione zwłoki noworodka. Tak dramatyczne znalezisko wywołuje ogromny szok wśród rodziny zamieszkującej teren farmy, jednak policjantka przybyła na miejsce zdarzenia zachowując resztki zimnej krwi od razu podejmuje się poszukiwań kobiety, która urodziła dziecko. Poszukiwania te nie trwają zbyt długo ponieważ matka dziecka zdradza się bezwiednie…Nie oznacza to jednak, że śledztwo w sprawie okoliczności śmierci dziecka zostało zamknięte nim się na dobre zaczęło bowiem posądzona o ten brutalny czyn nie wie co działo się z nią kilka godzin wcześniej…Zatem kto lub co przyczyniło się do zgonu noworodka ?

Jodi Picoult nie prędko odkrywa te karty przed czytelnikiem. W zasadzie do samego końca nie jest wiadome kto lub co jest przyczyną tych okrutnych zdarzeń nie licząc domysłów, których można namnożyć wiele podczas lektury.
Pewnym natomiast jest ukryty przekaz książki mimo, że jej fabuła to fikcja.
Autorka, wymusza wręcz (choć nie jest to przymus w negatywnym jego znaczeniu) refleksje nad tym co naprawdę się liczy w życiu, zestawiając te same wartości, które tak samo mocno liczą się w każdym zakątku Świata z tak odmienną dla wielu, religią i kulturą. Wszechobecną pogoń za byciem najlepszym, najbardziej wyróżniającym się, najjaskrawszym, kontrastuje z mocnym pragnieniem bycia niezauważonym, nieróżniącym się od innych. Pokazuje czym może skończyć się uporczywe dążenie do bycia akceptowanym kosztem nas samych.

Reasumując, jest to (po za naprawdę dobrą i wciągającą fabułą) niezwykle wartościowa pozycja o tym co dotyczy każdego z nas, którą polecam bez wyjątku każdemu.
A sama rozpoczynam poszukiwania kolejnej powieści tej autorki, która mam nadzieję, tak samo mnie porwie i zżyje z jej bohaterami.

 

Ocena 5/6
 

wtorek, 24 maja 2011

 

 

„ Jestem waszym Bogiem !”*.

Takimi słowami „przywitał” się z więźniami obozu w Płaszowie ich nowy komendant
– Amon Leopold Göth. Mimo, iż wtedy jeszcze nie wiedzieli do czego jest zdolny to już sama jego obecność malowała na ich twarzach niezmierny strach. Jak się potem okazało nie bez powodu bowiem to właśnie tu, w okolicach Krakowa rozpoczął swoją krwawą „karierę” jeden z najokrutniejszych zbrodniarzy nazistowskich.

„Kat z listy Schindlera. Zbrodnie Amona Leopolda Götha” to swoiste kompendium wiedzy o tym człowieku (choć z trudem przychodzi mi nazywanie go tym mianem…) począwszy od lat wczesnej młodości, a kończąc tam gdzie nadszedł kres jego życia.
Już jako młodzieniec, Mony (bo tak go czule nazywano…) dopuścił się łamania prawa poprzez poważne nadużycia w firmie ojca. Fakt ten jednak nie przeszkodził mu w aktywnej i szybko pnącej się w górę, karierze w SS.
Tak jak sam to zapowiedział, stał się Bogiem dla przebywających w podkrakowskim obozie. Jednak nie Bogiem, który koi ból, wysłuchuje skarg i miłuje – stał się jego szatańskim przeciwieństwem.
Nie było takich metod, którymi skazani przez niego na śmierć mogli się uratować bowiem on nie miał litości, skrupułów czy sumienia…
Była to ubrana w dobrze skrojony mundur i idealnie dopasowane buty maszyna do
zabijania, maszyna niewidząca Żydów z poczucia obowiązku jak pisze autor…

Książka ta, to swoisty dokument zawierający biografię tego kata jak i całe mnóstwo historii żydowskich więźniów (choć są też wzmianki o innych nacjach). Relacje te w bardzo dobry sposób łączą się ze sobą dając wyraźny obraz historii tamtych lat, których prawdziwość potwierdzają dołączone zdjęcia i rysunki.
Tytuł jest jednym z najbardziej wartościowych jakie dane mi było przeczytać z zakresu tej tematyki i śmiem twierdzić, że osoby zainteresowane nią pod kątem problematycznym jak i historycznym nie zawiodą się.

* „Kat z listy Schindlera. Zbrodnie Amona Leopolda Götha” J. Sachslehner; str. 80

Ocena 6/6

niedziela, 22 maja 2011

 

Z lekka oszołomiona mocnymi lekturami jakie mam za sobą postanowiłam kontynuować proces oczyszczania umysłu ze złogów ich ciężaru. Wzrokiem wiodłam po swojej biblioteczce szukając w miarę lekkiego przerywnika. Wtem, moja uwaga zatrzymała się na

Stephen’ie King’u i jego „Roku wilkołaka”. Czy odpoczęłam ?

Oj tak…Odpoczęłam jak przy mało, której lekturze. Jednak nie z powodu jej relaksacyjnych właściwości…Raczej dzięki zwykłej i pospolitej nudzie. To czym uraczył mnie tym razem King nie można nazwać porywającą fabułą. „Rok wilkołaka” to zlepek krótkich opowieści, nazwanych kolejno miesiącami, które łączy główny bohater – wilkołak. Miesiąc po miesiącu przyglądamy się jego poczynaniom obfitującym w krwawe ofiary.
 O ile większość tych opowieści da się „przetrawić” tak jedna z nich wydawała mi się być mocno infantylna, ale może to tylko moje zdanie…


Czytając ten twór nie należy zapominać o pierwotnym jego założeniu. Miał to być bowiem tekstowy dodatek do kalendarza – takie jego urozmaicenie. Gdy efekt końcowy nie został zaaprobowany przez twórcę pomysłu, King postanowił zrobić coś by rzekomo nie stracić tego co już stworzył. Mnie natomiast wydaje się, że nie chciał tracić perspektywy ewentualnego zarobku…Istniejące już „dzieło” tylko odrobinę rozbudował i puścił w świat, że tak pozwolę sobie to ująć.

Cóż…Gdyby autor nie pozwolił sobie na lenistwo i pokusił się o rozwinięcie tego pomysłu o rozbudowaną fabułę, to ten tytuł mógłbysię obronić. Wystarczyłoby go odświeżyć i wydać w latach bieżących, a miałby szansę być całkiem godną alternatywą dla wszechobecnych wampirów-gogusiów panoszących się po literaturze dla mas…
Rasowy fan King'a przeczytać powinien (jeśli nie musi), a zaznajamiający się z jego pisarstwem lub czytający "z doskoku" mogą sobie śmiało odpuścić tę lekturę bo niewiele stracą.

 

Ocena 1/6

 

21:39, ksiazkowka , Horror
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 maja 2011

Zatem, szybciutko szybciutko ! Bo za chwilę koniec świata ! ;) A tak poważnie, nadciąga u mnie burza więc prędziutko ogłaszam Wam wyniki i profilaktycznie wyłączam komputer.

 

Osobą wygrywającą jest:

 

 

 

Moje najszczersze gratulacje ! Proszę o podesłanie mi adresu do wysyłki poprzez "NAPISZ DO MNIE".

Zachęcam również do odwiedzania mojego blogu ponieważ na tej jednej wygrywajce na pewno nie poprzestanę ! 

Za możliwość "oczyszczenia" umysłu z ciężkiej lektury dziękuję Magdzie, u której wygrałam tę książkę. :)

Czy mieliście w dzieciństwie wyimaginowanego przyjaciela ? Może była to wróżka, a może dzielny wojownik ?

Moim przyjacielem był duszek. Nie pamiętam już czy nadałam mu jakieś imię zresztą, to było dla mnie mało istotne. Liczyło się tylko to, że mogłam mu powiedzieć w myślach (bo porozumiewaliśmy się telepatycznie) o wszystkim tym czego nie byłam w stanie wyjawić mojej najlepszej przyjaciółce. Opowiadałam mu o swoich zmartwieniach, marzeniach i po prostu…o moim życiu.

Czytając „Grabarza” Peter’a Grandbois’a poczułam coś na kształt delikatnego ukłucia w rejonie wspomnieć mojego umysłu bo główny bohater robił dokładnie to samo co ja w latach wczesnej młodości – rozmawiał z duchami. Tyle, że nie z każdym. Konwersował z tymi, którzy fizycznie dopiero co opuścili ziemski świat. Dusze, które do niego przychodziły miały mu do przekazania swoją historię, którą musiały się podzielić by móc spokojnie odejść. Juan (bo tak miał na imię tytułowy grabarz) nie spodziewał się jednak, że przyjdzie mu kopać grób dla jednej z najważniejszych osób jego życia…

Książka ta, bezwątpienia nie opiera się na realizmie dosłownie pojętym. Nie jest to także czysta, rasowa fantastyka. Jest to dzieło z pogranicza obydwu tych dziedzin. Jest w niej ogromna doza magii choć tak realistycznej, że fakt iż główny bohater słyszy i mówi do duchów wcale nie wydaje się być czytelnikowi dziwny. Wręcz przeciwnie ! To, jest jak najbardziej naturalny aspekt jego życia.

Sami bohaterowie są bardzo prawdziwi i niemal namacalni, a ich uczucia dostrzegalne.

Także język jakim operuje Grandbois wplatając w wypowiedzi postaci hiszpańskie zwroty jest wyjątkowy – delikatny i ciepły.

Wszystko to składa się w całość bardzo niezwykłej opowieści o tym jak to pewien grabarz pochował swoje serce…

 

Ocena  5/6 

 

 
1 , 2 , 3
licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...