O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.
środa, 29 czerwca 2011

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE

 

Gdy w zeszłym roku obejrzałam film pt. „Wyspa tajemnic” w reżyserii Martina Scorsese oparty na podstawie powieści Dennisa Lehane „Wyspa skazańców” byłam pod jego dużym (pozytywnym) wrażeniem. Ujęły mnie już w trakcie seansu świetne zdjęcia, a już po, cała fabuła. Nawet Leonardo DiCaprio, którego aktorstwo nigdy mnie specjalnie nie
poruszało, wypadł w tym obrazie naprawdę dobrze. Nic, więc dziwnego, że szybko postanowiłam poszukać papierowego pierwowzoru tej ekranizacji. Wiem, że dla dobra sprawy kolejność powinna być odwrotna, czyli najpierw powinnam była przeczytać książkę, ale przypadek sprawił, że stało się inaczej. Niektórzy uważają, że to jednak bardzo dobra kolej rzeczy. Czy naprawdę?
Za nim o tym, kilka słów o samej fabule.

Bohaterów w tym tytule jest wielu jednak tymi najważniejszymi są Tedd i Chuck – dwaj szeryfowie, przybywający na piękną wyspę Zatoki Bostońskiej w celu przeprowadzenia śledztwa i poszukiwań zarazem. Okazuje się, że na Shutter Island zaginęła kobieta. Nie jest to przedstawicielka płci pięknej, jakich wiele bo Rachel (tak jej na imię) jest pacjentką szpitala psychiatrycznego dla bardzo niebezpiecznych przestępców. Sprawa już na starcie staje się mroczną i niesamowitą zagadką, ponieważ zdaje się, że kobieta uciekając po prostu rozpłynęła się w powietrzu, ulatując przez kraty w oknach albo stała się niewidzialna i tak przeniknęła przez ściany swojego zamkniętego na cztery spusty pokoju.
Ci dwaj stróże prawa dostają niełatwy orzech do zgryzienia zwłaszcza, że piękna, choć tajemnicza wyspa zdaje się zaciskać na nich swe niewidzialne kleszcze by uniemożliwić im pracę – w oka mgnieniu władzę nad tym skrawkiem ziemi przejmuje huragan…

Miejsce, w którym znaleźli się bohaterowie z dnia na dzień staje się coraz bardziej
mroczne, budzi wiele niejasności, a lekarze, których zadaniem jest pomagać pacjentom zdają się żerować na ich nieszczęściu. Tedd z każdą chwilą jest coraz bliżej rozwikłania zagadki zaginięcia Rachel i odkrycia prawdziwych pobudek, które kierują służbą medyczną tego szpitala. Wszystko, co z tym miejscem związane jest dziwne, niezrozumiałe, a nawet niebezpieczne.

Sam Tedd gubi się w tym wszystkim, a Ty drogi czytelniku wraz z nim. W końcu sam nie wiesz, co myśleć o tym, co dzieje się na Shutter Island. Ukojenie w trudach domysłów winien przynieść koniec książki, ale niestety…łagodnego i dającego się przewidzieć epilogu tu nie uświadczysz. To, co tak misternie budowałeś tworząc sobie swoją wizję wydarzeń legnie w gruzach.

Mimo, iż to wszystko, co wyżej napisałam przemawia zdecydowanie na korzyść ksiązki to z trudem powstrzymałam się od stwierdzenia, iż ekranizacja przewyższa jakością fabułę książki. Już miałam tu napisać, że obraz kinowy znacznie lepiej oddaje klimat wyspy jak i zagadkowość całej akcji i ukoronować to stwierdzeniem „dokładnie tak jest”, ale nie zrobię tego. Dlaczego? Otóż, film na podstawie tego tytułu jest świetnym jego odzwierciedleniem – naprawdę rzadko spotyka się w przypadku adaptacji filmowych tyle uchwyconych szczegółów! Wersję kinową oglądałam stosunkowo niedawno i bardzo dobrze ją
zapamiętałam, a obie formy praktycznie się nie różnią, zatem podczas lektury nie odczuwałam takich emocji jak podczas seansu. Po prostu czytając „Wyspę skazańców” zafundowałam sobie powtórkę „Wyspy tajemnic”.
Zatem nie przesadzę chyba, jeśli na koniec pozostawię Wam wybór – książka lub film – na obu formach się nie zawiedziecie. Jeśli jednak korciłoby Was do zaznajomienia się z nimi obiema to zróbcie to tylko wtedy, gdy od seansu/lektury minęło dużo czasu.

Ocena 5/6

 

08:51, ksiazkowka , Thriller
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 27 czerwca 2011

 

 

Był sobie kiedyś człowiek, którego nazywali Mosze Stróż – być może tylko najstarsi mieszkańcy miasteczka Sighet (w Transylwanii) znali jego prawdziwe imię i nazwisko. Był to biedny, ale nikomu niewadzący mężczyzna, silnie uduchowiony i głęboko wierzący w Boga. Nic, więc dziwnego, że stał się pewnego dnia kimś w rodzaju duchowego mentora dla młodego, bo zaledwie dwunastoletniego chłopca imieniem Elie – głęboko wierzącego młodzieńca, który zapragnął posiąść tajniki żydowskiego mistycyzmu dzięki kabalistycznym księgom (Zohar).

I tak mijały im dni na zagłębianiu się w arkana mistycyzmu i nic nie zapowiadało by tę harmonię miało coś zepsuć. Wtem okazało się, że Mosze zniknął. Nie było go
dniami, tygodniami, a nawet miesiącami. Elie już prawie pogodził się z myślą o utracie swojego nauczyciela, gdy pewnego dnia na swojej drodze znów go spotkał. Ten, ni to naprawdę ni w szaleńczym amoku rozpowiadał wszem i wobec o nadchodzącym niebezpieczeństwie skierowanym w stronę Żydów, opowiadał o tym jak widział śmierć wielu z nich. Ostrzegał niemal każdego, kogo napotkał, ale nikt mu nie wierzył. Mieli go za wariata…
Niedługo potem mieszkańcy tego małego transylwańskiego miasteczka odbyli długą podróż w wagonach bydlęcych do obozów zagłady…

Wśród nich był także autor swoich wspomnień, wyżej wspomniany Elie Wiesel. Jako bardzo młodemu chłopcu przyszło mu się żegnać z rodziną i rozdzielać z matką i siostrą. Z ojcem dzielił trudy egzystencji w kolejnych obozach, do których ich zsyłano – począwszy od Birkenau, a kończąc na Buchenwald. To w tych miejscach przy obserwowaniu śmierci wielu ludzi (w tym maleńkich dzieci), w głodzie i chorobach przyszło mu mierzyć się ze swoją wiarą w Boga.

„Dlaczego miałbym wysławiać Jego imię? Wiekuisty Pan Wszechświata, Wszechmogący i Groźny, milczał. Za co miałem Mu dziękować?”*
Takie pytania stawiał sobie nasłuchując modlitwy ojca. Czy kogoś to zdziwi, gdy przeczyta jego relację z pobytu w centrum piekła? Mnie nie zdziwiło, a wręcz przyznawałam rację jego wątpliwościom.

To normalne, że podczas tej lektury wyzwalają się emocje - tych w niej nie brakuje. „Noc” to króciutka, bo ledwie 120 stronicowa książeczka jednak do granic możliwości naszpikowana cierpieniem, bólem i jednocześnie brakiem ludzkich odruchów. To zapis z obozowej normy dnia codziennego.

„Zapamiętajcie, zapamiętajcie na zawsze. Wyryjcie to sobie w mózgach. Jesteście w Auschwitz.”*
Tak mówił do więźniów sam Anioł Śmierci (doktor Mengele). Nie wątpię w to, że wszyscy wypełnili polecenie z dużą dokładnością i zapamiętali ten czas do końca swoich dni. Sama wyryłam sobie lekturę w pamięci na zawsze.

* cytaty pochodzą z książki

Ocena 6/6

 

sobota, 25 czerwca 2011

 

 

Dawno temu, gdy byłam jeszcze nastolatką obejrzałam pewien film. Nie pamiętam w tej chwili, jakie miałam przemyślenia po seansie, ale pamiętam dobrze, że mi się podobał. Wryła mi się wtedy w pamięć najbardziej charakterystyczna scena z tegoż obrazu: kucający na poręczy łóżka, nagi mężczyzna, wpatrzony w okno.

http://fdb.pl


To tytułowy Ptasiek – pacjent szpitala psychiatrycznego. Co go tam zawiodło? Najłatwiej byłoby powiedzieć, że pasja, która z czasem zaczęła przeradzać się w chorobę, ale to jednak nie do końca prawda.

Jego przyjaciel Al, przychodząc do niego, usiłuje nawiązać z nim jakikolwiek kontakt, bo Ptasiek z nikim nie rozmawia, nie robi w zasadzie nic po za świdrowaniem wzrokiem obranego przez siebie celu i spełnianiem często z pomocą personelu szpitalnego, swoich podstawowych potrzeb fizjologicznych. Al, wraca w swych opowieściach do historii ich wspólnej przyjaźni, przygód z młodych lat, do czasów, gdy ten pasjonat ptaków dopiero zaczynał swoją przygodę z nimi – fascynacja dość szybko zaczęła przybierać niezdrową formę, przesłoniła mu świat i zatarła granicę między rzeczywistością, a wyimaginowanym światem marzeń.
Opowieści Ala, o ich życiu, dzieciństwie, brutalności świata, wojnie, przeplatają się z dość monotematycznymi, ale kojącymi opisami z życia jego ptasich podopiecznych, kanarków – niesamowite, jak początkowo niepozorna pasja może przeistoczyć się w mistrzostwo hodowli. Ptasiek wie o kanarkach niemal wszystko, obserwuje je całymi godzinami, uczy się ich życia, systemu porozumiewania się. Próbuje też posiąść sztukę latania…

„Ptasiek” Williama Whartona to bardzo specyficzna opowieść. Mówi nie tylko o spełnianiu marzeń graniczącym z szaleństwem, opowiada także o pragnieniu bycia wolnym i niczym nieskrępowanym, o ucieczce ze świata zła i brutalności, o miłości szeroko pojętej i pięknie. Może sprawić, że zaczniemy trochę inaczej postrzegać rzeczywistość, zwracać uwagę na wartości, których dotychczas nie widzieliśmy (albo nie chcieliśmy widzieć).

Czy to książka dla każdego? Myślę, że tak, ale nie na każdy moment życia i nie na każdą chwilę czytelniczej drogi. Dlaczego? Bo czytając ją w niewłaściwej chwili można jej nie zrozumieć i przez to źle ocenić, a to już krótka droga do wyrządzenia krzywdy tej bardzo dobrej psychologicznej powieści.

Na koniec taka mała refleksja…Najprawdopodobniej, ile by się nie napisało słów o debiucie Whartona – czy stronę czy pięć – to chyba nigdy i tak nie odda się w pełni tego, co chciałoby się o nim powiedzieć. Polecam osobiste zmierzenie się z ubraniem myśli w słowa po zakończonej lekturze „Ptaśka”.

Ocena 5/6

 

czwartek, 23 czerwca 2011

 

 

Taką już mam naturę, że do książek, które wywołują zbiorowy zachwyt wśród recenzentów podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu. Obawiam się, że coś, co zachwyca tłumy, nie sprosta mojemu dość specyficznemu gustowi czytelniczemu. Dlaczego więc wybrałam lekturę autorstwa pani Carolyn Jess-Cooke, która od dnia premiery zyskała tak wielu fanów?
W głównej mierze kierowała mną ciekawość. Co takiego jest w tej pozycji, że tak wiele osób do niej lgnie? O czym opowiada?

Jakiś czas temu telewizja emitowała serial pt. „Dotyk anioła”. Nie byłam jego fanką jednak pamiętam, że opowiadał o aniołach zesłanych na Ziemię w celu pomagania ludziom w ich codziennym życiu. Po przeczytaniu pierwszych stron „Zawsze przy mnie stój” dopadło mnie uczucie, że wątek w nich zwarty nie jest mi obcy. Kobieta imieniem Margot, tuż po swojej śmierci zostaje wyznaczona do pełnienia funkcji Anioła Stróża. To już było, powiecie? Owszem, w literaturze (i nie tylko) anioły często wracały do świata żywych by dyskretnie uczestniczyć w ich egzystencji, ale czy równie często były niebiańskimi opiekunami dla samych siebie? Wydaje mi się, że nie…Ruth (za ziemskiego życia Margot), staje w obliczu trudnego zadania – ma wspomagać siebie w wydarzeniach dnia codziennego i ułatwiać podejmowanie decyzji jednak bez ingerowania w ich ostateczny bieg.
Ruth, stara się wypełniać najlepiej jak potrafi swoją powinność od pierwszych chwil swojego życia. Obserwuje cały proces wzrastania, wszystkie złe i dobre decyzje, choć zdaje się, że tych pierwszych jest więcej. Bywa, że patrząc na swoje poczynania nienawidzi samej siebie, a ja denerwowałam się razem z nią na…nią samą. Choć to wszystko zdaje się być zawiłe to w toku fabuły pogubić się nie da.

I tak oto dobrnęłam do największej (wg mnie) zalety tej książki, czyli akcji. Podczas lektury nie sposób się nudzić choćby się tego chciało! Dosłownie cały czas coś się dzieje i chłonie się kartkę po kartce w mgnieniu oka.
Łatwo się też zżyć emocjonalnie z bohaterami – odczuwać niemoc Anioła Stróża lub szczęście z powodzeń albo współczuć nieszczęść podopiecznej lub złościć się na dokonywane przez nią wybory. Uczucia, jakie żywi Margot do miłości swojego życia są niemal namacalne. Cała fabuła, choć jest fikcją zdaje się być bardzo bliska czytelnikowi.

Czyżby to był właśnie ten haczyk autorki, na który łapią się kolejni czytelnicy tego bestsellera? Czy chodzi właśnie o to, że w toku fabuły można odnaleźć cząstkę własnego życia? A może o to, że nie sposób po zakończonej lekturze, nie zastanowić się nad tym, co tak naprawdę się w nim liczy? Sami musicie sprawdzić odpowiedzi na te pytania. Ja jedynie mogę zagwarantować, że gdy zamkniecie książkę, nabierzecie pokory do własnego życia i zadeklarujecie się przed sobą, że od tej pory będziecie staranniej decydować o kluczowych dla siebie (i bliskich) kwestiach, bowiem czasem zbyt pochopnie zmieniamy bieg naszego losu.

Tak, tak…To właśnie jeden z tych tytułów, które w zawoalowany sposób grają na naszych emocjach. A jeśli to wszystko jest okraszone delikatną formą fantastyki (delikatną, mimo że spotykamy tu też demony) to jestem jak najbardziej za.

Ocena 5,5/6

 

Za możliwosć przeczytania ksiązki dziękuję:
 



wtorek, 21 czerwca 2011

 

 

Ogromne połacie syberyjskiej tajgi. Totalnie nie przyjazne tereny dla człowieka skąpane w mrozie i śniegu. Miejsce, w którym głód przysłania wszelkie inne potrzeby, a człowiek przestaje być człowiekiem…
Kilka tysięcy ludzi zostawionych samopas musi tu zawalczyć o przetrwanie – bez jedzenia i podstawowych środków potrzebnych do codziennej egzystencji.
Mają za zadanie zrobić coś z niczego – skolonizować dziewicze rejony i tchnąć w nie życie…
Brzmi jak utopijna fabuła powieści science fiction? Być może, ale to nie jest fikcja (choć wielu chciałoby inaczej).

Powyższy opis to zarys prawdziwych przeżyć tysięcy ludzi zesłanych na wyspę
Nazino, leżącej nieopodal rzeki Ob (zachód Syberii). Francuski historyk, Nicolas Werth przy pomocy przeanalizowanych przez siebie licznych dokumentów w swojej książce pt. „Wyspa kanibali” pokazuje światu dramatyczną historię tych, którym dane było znaleźć się na niej w roku 1933. Byli to ludzie określeni mianem „elementów zdeklasowanych i szkodliwych społecznie” czyli m.in. osoby z wyrokami sądowymi i właściciele dużych majątków rolnych (kułacy). Do tego samego grona zaliczono także osoby starsze (najstarsze z nich miały nawet 110 lat!) oraz niepełnosprawni, którym dodatkowo przyznano statut pasożytów…
Nie brakowało też osób, które trafiły tam bez powodu na skutek „łapanki”.
Bez środków do życia i przede wszystkim bez pożywienia, nie mieli oni szans na przeżycie więc zdecydowanie większa część z nich szybko umierała, a część przeobrażała się w szakali, bestie polujące na współtowarzyszy niedoli…O ile same akty kanibalizmu są w jakimś stopniu zrozumiałe w sytuacji w jakiej znaleźli się ci ludzie to czy zachowania je poprzedzające też?

Całą relację z wyspy Nazino poprzedza w książce dokładny zarys powstania tzw. „wielkiego planu”, który miał na celu oczyszczenie ZSRR ze „szkodliwych elementów”. Werth ukazuje całą jego nieudolność – ogrom słów nieznajdujący żadnego konkretnego odzwierciedlenia w realizacji (zwłaszcza, że próby zasiedlenia rejonów syberyjskich miały już miejsce w przeszłości i również kończyły się tragicznie).
Zatem po co to wszystko? Wysiłek reżimu stalinowskiego i mrzonka o „czystym” państwie oraz tragedia wielu ludzi – jaki był cel „wielkiego planu”?
Być może chodziło tylko o skolonizowanie opustoszałych obszarów Syberii? A może tylko o pozbycie się „balastu” społeczeństwa? Może o jedno i drugie? Proponuję poszukać odpowiedzi na te pytania w niniejszym tytule (i nie tylko) we własnym zakresie.

Jeśli ktoś obawia się licznych opisów scen mrożących krew w żyłach i przez to z góry dyskwalifikuje tę lekturę to ze spokojem rozwiewam te obawy. W całym tym dokumencie (chyba mogę sobie pozwolić na takie określenie) jest niewiele wątków bezpośrednio traktujących o bestialskich zachowaniach kanibali. Choć oczywiście ogólny jego wydźwięk jest dramatyczny.

Co do samego wydania to nie podoba mi się pomysł umieszczenia większości przypisów na ostatnich kartach książki – jest ich wiele i ciągłe jej wertowanie w poszukiwaniu któregoś z nich jest uciążliwe. Jednak jest to chyba tylko szczegół, który być może wadzi tylko mnie, a tak naprawdę nie sprawia, że lektura traci na wartości.

Całokształt „Wyspy kanibali” sprawia, że dopisuję ją do listy najwartościowszych lektur z dziedziny historii i literatury faktu zarazem.

 

Ocena 6/6

 

 
1 , 2 , 3 , 4
licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...