O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.
czwartek, 04 sierpnia 2011

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE

 

Znasz to uczucie? Gdy ze snu budzi Cię delikatny dotyk na skórze szyi? Lekki niczym muśnięcie ptasiego piórka i jednocześnie elektryzujący, wprawiający w przyjemny dreszcz niemal na całym ciele. Nie otwierając oczu uśmiechasz się niby to do siebie, ale tak naprawdę do osoby, która leży obok. Tylko ona za pomocą dotyku potrafi sprawić, że Twój świat wiruje…Obmyślając sobie plan słodkiego rewanżu tego porannego budzenia, odwracasz się powoli w jej stronę. Nadal uśmiechając się błogo, unosisz powoli powieki i…patrzysz prosto w duże ślepska szczura.
Odkąd zamordowałem żonę i wciągnąłem w tę zbrodnię syna, doskonale wiem, co to za uczucie. Podpisano: Wilfred James, bohater opowieści pt. „1922”.

Jestem przekonana, że Wilfred będzie mówił o szczurach. Ale co on tam wie o prawdziwym strachu? Czy obudził go kiedyś przejmujący chłód, wbijający się w ciało jak szpikulec? Czy leżąc w lodowatej wodzie, oprócz stęchlizny gnijących roślin czuł woń rozkładu? Bojąc się jednocześnie spojrzeć w bok by nie okazało się, że zapach wcale nie unosi się ze zwłok zwierzęcia? Szczerze w to wątpię. Choć uważam, że moje przeżycia siłą oddziaływania znacznie przewyższają jego to jest jednak coś, co nas łączy – władza nad czyimś życiem, którą mogę mieć nawet ja. Taka niepozorna kobieta parająca się, na co dzień pisarstwem – to niesamowite uczucie móc zmyśloną przez siebie fikcję literacką przenieść do rzeczywistości.
Podpisano: Tessa Jean, „Wielki kierowca”.

Strach wcale nie musi być zły. Strach może być całkiem przyjemnym uczuciem, mimo że swoje źródło ma w morderstwie. Nie ukrywam, że na pewno łatwiej jest zabić, gdy nie widzi się krwi na własnych rękach. Wtedy można się nawet cieszyć z czyjejś śmierci…Jednak nie ma nic za darmo. Wszystko ma swą cenę. Niepisana umowa z diabłem w ludzkiej skórze także…Dave Streeter, „Dobry interes”.

Czy można się cieszyć z czyjejś śmierci? Tego nie wiem, ale wiem, że na śmierć można sobie zasłużyć. Są tacy ludzie, których zdaje się, że świetnie znamy. Pewnego dnia na światło dzienne wychodzi sekret, który wywraca nam świat do góry nogami i sprawie, że do bliskiej osoby, których tajemnica dotyczy, zaczynamy czuć wstręt…Wstręt tak silny, że fakt, iż ona śmie w naszej obecności oddychać, budzi w nas najmroczniejsze instynkty…Darcy Anderson, „Dobrane małżeństwo”.

Jak zapewne dało się zauważyć, te cztery mroczne historie, których treść oddałam w minimalnym stopniu (dopowiedzenie czegoś więcej byłoby zbrodnią) łączy jeden wspólny mianownik – morderstwo? Stephen King posługując się tymi opowieściami zwrócił uwagę na to, że w każdym człowieku może drzemać demon i każdy może zbudzić się dzięki choćby najmniejszym (i pozornie niegroźnym) pobudkom. Czy zrobił to umiejętnie? Biorąc pod uwagę całokształt „Czarnej bezgwiezdnej nocy” stwierdzam, że…absolutnie tak. Wszystkie te opowiadania są wg mnie świetnie skonstruowane, poprowadzone typowo „kingowym” stylem, gdzie nie brak dreszczyku emocji, grozy, szaleństwa i delikatnej nutki fantastyki. Jeśli miałabym wskazać jednak na jakieś wady to zrobiłabym to w przypadku „Wielkiego kierowcy” – ten tekst wg mojego mniemania skróciłabym o dobrych kilka stron, „ucinając” część dialogów głównej bohaterki z…to już sami sprawdźcie. W każdym bądź razie, te opowiadanie odrobinę krótsze zyskałoby na swej dramatyczności. „Dobry interes” zasługuje na pochwałę za sam pomysł na fabułę – założę się, że każdy z czytelników chciałby móc dobić takiego interesu…”Dobrane małżeństwo” – King jest mistrzem w takim ukazywaniu czarnych charakterów, że zamiast ich nienawidzić…darzymy ich szczerą sympatią. Maż głównej bohaterki bardzo przypadł mi do gustu, mimo że jest…ach, jaka szkoda, że nie mogę zdradzić. Zaś „1922” jest wszystkim tym, za co kocham Kinga, absolutnie! Świetna fabuła, bezbłędna konstrukcja – mieszanka mocnego thrillera z horrorem.

Reasumując…”Czarna bezgwiezdna noc” potwierdza, że King w żadnym wypadku nie wyszedł z wprawy pisarskiej – pokazał tu, co potrafi na tyle dobrze, że muszę zrobić w swoim rankingu książek jego autorstwa miejsce na ten zbiór opowiadań. Jestem także gotowa walczyć zażarcie o tezę, że w krótkiej formie King też świetnie sobie radzi – wbrew temu, co twierdzi wielu.

Ocena 5,5/6

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

 

Gdy zamykałam ostatnie karty powieści „Wyspa skazańców” Dennis’a Lehane, nie sądziłam, że ponowne spotkanie z jego pisarstwem jest mi pisane w całkiem niedługim odstępie czasu. Znów to niespodzianka zadecydowała o mojej kolejnej lekturze i wybrała dla mnie najnowszą pozycję wcześniej wspomnianego przeze mnie autora, pt. „Mila księżycowego światła”. Na jej widok ucieszyłam się ogromnie, bo zdążyłam już docenić kunszt pisarski tego pana i żywiłam ogromną nadzieję, że kolejna z jego książek również dobrze zapisze się w mej pamięci. Czy tak się stało?

Oczywiście tego we wstępie nie zdradzę, bo najpierw muszę opowiedzieć Wam troszkę o samej fabule. I cóż my tu mamy? Na dzień dobry poznajemy bezrobotnego detektywa Patricka Kenzie i jego żonę (których, tak na marginesie, połączył ten sam zawód). Zdaje się, że los odwrócił się od niego brzydszą częścią ludzkiej anatomii bez najmniejszych skrupułów. Miał żonę, córkę, zobowiązania do spłacenia a tu masz! Jak na złość szef zlecający mu zdawkowe zadania, nie kwapi się do zatrudnienia go na stałe ( w dużej mierze dzięki dosadnemu usposobieniu Patricka). Cóż…chciałoby się powiedzieć – samo życie. Jednak to należące do detektywa taką zwyczajną egzystencją nie jest i po raz wtóry niebawem przychodzi mu się o tym przekonać…Wiele lat wstecz przyszło mu prowadzić poszukiwania pewnej, małej dziewczynki imieniem Amanda. Sprawa kończy się pomyślnie, bowiem młoda dama zostaje przez niego odnaleziona i oddana ponownie w ramiona matki. Pozornie wygląda to na happyend? Czas pokazuje, że niekoniecznie zakończenie sprawy nim było…Tym bardziej, że Amanda w wieku 16 lat znów ginie. Początkowo opornie, ale później już z pełnym zaangażowaniem, Patrick zakasuje rękawy i wyrusza na poszukiwania zaginionej.

Sprawa jest wyjątkowo trudna, bowiem początkowe założenie o porwaniu tego nastoletniego wzoru grzeczności i inteligencji, chwieje się w posadach, gdy okazuje się, że dziewczyna do perfekcji opanowała pewną niezgodną z prawem sztukę. Patrick, by ją odnaleźć zetknie się nawet z mafią o wschodnich korzeniach, przypomni sobie jak wyglądała produkcja narkotyków, a nawet pozna mechanizmy handlu dziećmi. Czy to wszystko doprowadzi go do Amandy? Odpowiedź oczywiście pada w toku akcji.

A jeśli już o akcji mowa…Przez dobre pierwsze pół książki ciężko mówić o niej jako takiej. Naturalnie biegnie ona swoim torem, jest dość mocno wyważona, ale…brak jej wartkości i tej charakterystycznej nutki niepewności i pragnienia natychmiastowego poznania dalszych losów bohaterów. Sytuacja zmienia się za połową „Mili księżycowego światła” – nie w jakimś oszałamiającym stopniu, ale zdecydowanie robi się ciekawiej i tak już do samego zakończenia.
Pan Lehane nie pokazał mi tym razem tego, co naprawdę potrafi. Nie sprawił, że nie mogłam oderwać się od tej książki. W „Wyspie skazańców” w miarę zbliżania się do zakończenia oczy otwierają się czytelnikowi szeroko…co raz szerzej…by ostatecznie wprawić w osłupienie nagłym i nieprzewidywalnym zwrotem akcji, a tu? Tu tego nie ma. „Milę…” czyta się przyjemnie i szybko (to w pewnie dużej mierze zasługa krótkich i nienużących swoją długością, rozdziałów), ale bez tego mrocznego i tajemniczego klimatu, o jaki ten pisarz potrafi się postarać – gdy zechce.

Jednak nie żałuję chwil spędzonych z tym tytułem. Przybliżył mnie on bardziej do stylu pisarstwa Lehane i dał jego zdecydowanie bardziej realny obraz. Jednak by wyrobić sobie ostateczne zdanie na ten temat muszę pokusić się o kolejną lekturę opatrzoną nazwiskiem tego pisarza. Na pewno, którąś wybiorę i dam mu jeszcze szansę.

Ocena 4/6

08:23, ksiazkowka , Kryminał
Link Komentarze (23) »
piątek, 29 lipca 2011

 

Jak opisalibyście członka Armii Krajowej? Jak go widzicie? Pewnie według wielu byłby to mężczyzna o dobrze zaznaczonych rysach twarzy, mocnej posturze, na pierwszy rzut oka kojarzący się z siłą, męstwem i odwagą. Wewnętrznie byłby to zapewne człowiek po brzegi wypełniony patriotyzmem, w imię którego byłby gotów poświecić życie. Choć psychicznie twardy byłby niezwykle wrażliwy na czyjąś krzywdę i ból. Taki…cichy, narodowy bohater.

Wśród tych bohaterów AK byli także tacy jej członkowie, których zadaniem było eliminować wroga – w sensie dosłownym czyli wykonywać na zdrajcach narodu polskiego, wyroki śmierci. Jednym z ludzi, którzy wysyłani byli na takie akcje był Stefan Dąmbski. Do AK wstąpił jako nastolatek (zaledwie 16letni) by niedługo potem wykonać swój pierwszy wyrok śmierci, których ilość z czasem nie malała. W swoich wspomnieniach opisuje szczegółowo proces wstąpienia w szeregi Armii, wszelkie akcje w jakich brał udział, opowiada o swoich współtowarzyszach broni. Jest też tu mowa o stosunkach polsko-ukraińskich, które nurtują chyba wielu (w tym mnie). Wspomnienia te wieńczy opisem swoich powojennych losów (które nie ułożyły się dla niego szczęśliwie).

Czy Stefan Dąmbski był bohaterem o jakim wspomniałam na wstępie tego tekstu? To wybitnie trudne pytanie i nie wiem czy jestem w stanie na nie odpowiedzieć. Nie wiem czy ktokolwiek jest. Można jedynie mieć swoje domysły i przypuszczenia, a tych zrodzić się może całe mnóstwo podczas lektury. Jak postrzegać jego służbę po przeczytaniu takich słów?:

„Strzelałem do ludzi jak do tarczy na ćwiczeniach, bez żadnych emocji. Lubiłem patrzeć na przerażone twarze przed likwidacją(…)”*

Czy Dąmbski był bohaterem walczącym w imię wolności naszego kraju, który z hardością ducha wypełniał rozkazy? Może był jedynie młodym podlotkiem, który jeszcze tak mało rozumiał z funkcji jaką przyszło mu pełnić? A może jednak był bezwzględnym sadystą czerpiącym pewnego rodzaju przyjemność z czyjejś śmierci? Cała masa pytań, na które tak ciężko znaleźć odpowiedź nawet po zakończonej lekturze „Egzekutora”. Niejasności w niej pełno, bowiem z wieloma faktami, które opisuje autor inni członkowie AK się stanowczo nie zgadzają, zarzucają mu fałszowanie niektórych z nich. Zaś, historyk Grzegorz Ostasz, który pełnił rolę naukowego konsultanta niniejszej pozycji zdaje się stawiać bohatera tych zapisków w nieco lepszym świetle.

Nie pamiętam kiedy ostatnio było mi tak trudno ocenić daną książkę. Z jednej strony chciałabym to zrobić, bo pomijając już kwestię samego Dąmbskiego, jego zapiski ukazują troszkę inną stronę AK. Nie tylko tę czystą gdzie patriotyzm i wolność narodu stoją na pierwszym miejscu, ale także tę gdzie zdarzają się pomyłki - tragiczne w skutkach pomyłki. Z drugiej zaś strony pełno tu niejasności i sprzecznych informacji. Ostatecznie ocenę punktową pominę, ale jednocześnie zachęcę do lektury osoby zainteresowane tematem.
Może i jest to pozycja kontrowersyjna, co nie znaczy jednak, że nie warta uwagi – wręcz przeciwnie.

* „Egzekutor” S. Dąmbski; str. 23

-------------------------------------------------------------

Ponieważ jutro mam w planach uczczenie w plenerze moich dzisiejszych urodzin to proszę wszystkich o wysyłanie pozytywnych fluidów  wstronę nieba ;) by w dniu jutrzejszym nie padało. :D

czwartek, 28 lipca 2011

Moi drodzy, dziś dotarła do mnie książka pana Romualda Pawlaka pt. "Inne okręty". Bez owijania w bawełnę powiem, że mnie specjalnie taka tematyka nie nęci zatem, chętnie oddam mój egzemplarz komuś kto przeczyta go z przyjemnością. :)

Co nalezy zrobić? Jedynie zgłosić chęć posiadania tej książki  do 5 sierpnia, pod tym postem. Proszę nie zapomnieć o podaniu adresu bloga lub e-mail. Ogłoszenie wyników 6 sierpnia.

 

"Wojna i honor, miłość i zdrada oraz niesamowite opisy walk to składowe wyjatkowej podróży w głąb alternatywnej historii upadku Imperium Inków!

Pierwsza próba podboju państwa Inków kończy się klęską. Francisco Pizarro pada w bitwie pod Saran, a konkwistadorzy zostają krwawo odparci. Nieliczni Europejczycy osiedli na wybrzeżu, ale Inkowie okazali się zdumiewająco odporni na pokusy zachodniej cywilizacji i próby nawracania.
Z Hiszpanii wyrusza potężna armada, by zniszczyć wrogów i rozstrzygnąć, kto będzie panował nad tą częścią Nowego Świata. Pedro de Manjarres, kapitan hiszpańskiej karaweli, ma szczególne powody, by się tej wojny obawiać. W jednym z inkaskich miast pozostawił swoją ukochaną, Indiankę Asarpay. Wojna może bezpowrotnie ich rozdzielić. Razem z armadą wyruszają rządni bogactw i przygód polscy szlachcice…"

Źródło opisu: http://www.strefaksiazki.net/sites/books/108
 

środa, 27 lipca 2011

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE

Norwegia – kraina przecudnych fiordów. Przejrzyste tafle wody otoczone wysokimi stromiznami. Cząstka pięknego raju w dość surowym wydaniu, gdzie słońce zdaje się zapominać czasami o swoich obowiązkach. Z lekka depresyjny klimat wpływa na ludzi melancholijnie, zmuszając do licznych momentów zadumy. Mieszkańcy tego kraju na ogół niczym nie różnią się od innych, choć mówi się, że niektórym z nich ciężko mówić wprost o swoich uczuciach. Skrytość myśli daje obraz z lekka tajemniczego społeczeństwa zamieszkującego te skandynawskie tereny.

Andreas mógłby na ten temat dużo powiedzieć gdyby tylko zechciał się otworzyć. Gdyby tylko mógł wstać z tej zimnej i zakurzonej, piwnicznej podłogi…Zrobiłby wszystko by cofnąć czas i nie dopuścić do szeregu zdarzeń, które zawiodły go w te ciemne i bezduszne miejsce. Choć nie czuje bólu jest coś, co działa na niego niczym jedna z chińskich metod tortur…Ten smród wbijający się w nozdrza niczym ostrze noża - zalewa umysł i utrudnia oddech. Wybuchowa mieszanka swądu stęchlizny, kurzu, kartofli leżących nieopodal i jego własnej krwi…I jeszcze coś…Coś jakby woń zgnilizny…Ale dlaczego ten zapach jest tak blisko? Jakby unosił się z niego samego…
Przecież to wszystko można było jakoś naprawić. Kobieta, dzięki której Andreas leżał bez ruchu w podziemiu jej domu jeszcze mogła się z tego wybronić, przecież w gruncie rzeczy to on jest wszystkiemu winien. Tylko czy ktoś jej uwierzy? Zresztą…po co to kończyć? To przecież takie słodkie mieć nad kimś władzę absolutną…Decydować, kiedy ma pić, kiedy mówić, kiedy oddychać, a kiedy przestać to robić na wieki…
Czy to już szaleństwo i choroba czy jeszcze tylko nieokiełznana potrzeba bliskości? Jak daleko można posunąć się by uciszyć głód nienasycony od lat? I wreszcie, czy warto tłumić w sobie wszystko to, co krzyczy o wolność i pokazanie się światu?

Karin Fossum zna odpowiedzi na te pytania jednak nie udziela ich wprost. Wszystko trzeba wyczytać pomiędzy słowami jej mrocznego kryminału pt. „Za podszeptem diabła”. W bardzo interesujący sposób zawarła w nim system działania niektórych mechanizmów rządzących człowiekiem – obierając sobie za motyw przewodni tak dobrze znane wszystkim uczucia i emocje (strach, osamotnienie, złość, uczucie zawiedzenia), łączy je w całość ukazując samo epicentrum mrocznej części ludzkiej psychiki.
W swojej opowieści posługuje się na przemian narracją trzecioosobową i pierwszoosobową, zwracając się chwilami bezpośrednio do czytelnika, co maksymalnie podsyca odczucie grozy. W pewnym momencie trudno odróżnić czy książka ta jest bardziej kryminałem czy thrillerem psychologicznym – dla mnie jest to mistrzowski miszmasz obydwu tych gatunków. Nie jest to lektura łatwa i z pewnością też nie jest przyjemna – po „pakiecie” kilku tych banalnych i łatwych, ta była dla mnie lekkim szokiem, gdy by dobrze wczuć się w klimat musiałam jej oddać swoje 100% skupienie i zaangażowanie. Początkowo trybiki maszyny pani Fossum, lekko zgrzytały i napędzały ją z delikatnym oporem (kwestia dosłownie kilku pierwszych stron), jednak nie zdążyłam się nawet zorientować, kiedy zaczęła działać na pełnych obrotach bez chwili wytchnienia dla mnie.

Mocna i wymagająca rzecz, o tym, co może siedzieć w każdym z nas bez ani jednej wskazówki jak to stłumić, gdy się zbudzi.

Ocena 6/6

08:07, ksiazkowka , Kryminał
Link Komentarze (18) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...