O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.
sobota, 09 lipca 2011

 

 

Niespodzianka na ogół kojarzy się z czymś dobrym. Bywa jednak, że uraczeni nią, wcale nie jesteśmy zachwyceni. Dlaczego o niespodziance mówię? Ponieważ kilka dni temu dostałam przesyłkę, a w niej książkę. Tym większe było moje zaskoczenie im bardziej uzmysławiałam sobie, że w natłoku zamawianych (z różnych źródeł) przeze mnie pozycji, nie znalazła się „Rodzina Wenclów. Wspólnik” autorstwa pani Leny Najdeckiej. Dopiero po chwili przyszło olśnienie, że to niespodziewany podarunek od wydawnictwa.

Z braku czasu postanowiłam na początek tylko przewertować kilka pierwszych stron, dla zaznajomienia się z tematem książki. Ani się obejrzałam jak z przewertowanych kilku kartek zrobiło się ich 100. Co mnie tak wciągnęło? Nader interesująca rzeczywistość naszego, rodzimego świata prawników. Nie, nie…Nie tej grzecznej i poukładanej jego odmiany, gdzie panowie w garniturach i z wprost idealnie dopasowanymi do nich aktówkami, rozwodzą zwaśnionych małżonków. To prawnicy, których świat wypełnia po brzegi pieniądz i chęć posiadania go. Nic, więc dziwnego, że w kręgi kancelarii Wencel, Zagajewicz i Zybert szybko wkrada się intryga. Paweł Wencel dostaje propozycję niemal nie do odrzucenia od swojego wspólnika. „Kroi się nam niezły deal”* jak mówi. Zatem, na co tu czekać? Skoro przyjaciel zaręcza o czystości interesu i obiecuje szybki oraz duży zarobek. No właśnie…Tylko czy w świecie materializmu istnieją jeszcze takie wartości jak szczera i lojalna przyjaźń? Odpowiedź na to pytanie Paweł poznaje osobiście.

Nie tak od razu jednak przyjdzie czytelnikowi poznać kres tych knowań. Najpierw wpadnie on po czubek nosa w wir życia wszystkich bohaterów, a ich jest w tej książce niemało. Poznajemy tu szczegóły z ich życia zawodowego jak i osobistego. Wszystko to w świetnie skrojonej satyrze i jak to na nią przystało, niektóre cechy i zjawiska są wyolbrzymione, ale nadal do bólu prawdziwe. Oj, ile to razy z politowaniem kiwałam potwierdzająco głową, przerzucając kolejne strony tej sagi, tyle cech charakterystycznych, nas Polaków tu widnieje. Nie brak tu zazdrości, zawiści, czy „uroczego” fałszu ze sztucznym uśmiechem na ustach niemal każdej, stworzonej przez panią Najdecką, osoby. Właśnie! Owacje na stojąco dla autorki za bezbłędne stworzenie postaci – rzadko spotykam w książkach tak dobrze wykreowane rysy osobowościowe bohaterów. Po jej zamknięciu bez problemu można by opisać każdego z nich w kilku zdaniach, nie pomijając żadnych z jaskrawych walorów danej persony.
Nie, nie! Jeszcze nie siadamy! Dalej bijemy brawa dla pani Leny. Tym razem za styl, jakim się posługuje i znakomicie poprowadzoną narrację. Język jest dosadny, dość często przeplatany wulgaryzmami, co mocno dodaje tej pozycji realizmu i wyrazistości. Widać, słychać i czuć, że to saga rodzinna opowiadająca o losach naszych krajanów.

Same plusy? Dlaczego, wiec na końcu widnieje ocena 5 a nie 6? Bo nie byłabym sobą gdybym jednak czegoś się nie „przyczepiła”. Osobiście wolałabym wprowadzić w losy tych rodzin więcej dynamizmu. Nie znaczy to, że akcja jest opieszała, co to, to nie! Jednak brakuje mi tu takiej wartkości akcji, do jakiej jestem przyzwyczajona. Ktoś powie, że w końcu to jest saga a nie thriller z elementami sensacji (i słusznie powie), ale ja lubię natłok wydarzeń w fabule.

Pomijając moje marudzenie, stwierdzam, że pani Lena Najdecka postarała się by w ręce czytelników trafił kawał dobrej literatury, a w me serce tchnęła wiarę w naszych, rodzimych pisarzy. Okazuje się, że nie jest źle, a będzie tylko lepiej!
Pani Leno, tak trzymać! Oby kolejna część sagi była równie dobra albo lepsza.

* „Rodzina Wenclów. Wspólnik” L. Najdecka; str. 156

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania ksiązki dziękuję:

 

 

11:48, ksiazkowka , Saga
Link Komentarze (14) »
czwartek, 07 lipca 2011

 

Obiecałam Wam kilka dni temu, że niebawem podam tytuł książki, która powędruje do kogoś z komentujących moje wpisy. Zatem, ogłaszam wszem i wobec, że w dobre ręce oddam swój egzemplarz (naturalnie, bez hasła "w dobre ręce oddam" gdyby ktoś miał wątpliwości ;)):

Jak już wiecie z poniższej recenzji, uważam tę książkę za dobrą, jednak nie darzę jej specjalnym sentymentem, więc oddam ją komuś kto jeszcze jej nie czytał, a bardzo by chciał. Naturalnie komentować należy i można wszystkie wpisy, nie tylko ten ( ;) ) - nie chodzi tu tylko o samo zgłaszanie chęci posiadania, a o aktywny udział w moim życiu blogowym (to tak, byśmy się dobrze rozumieli). "Las Zębów i Rąk" powędruje  do osoby, która jako pierwsza napisze komentarz nr ..., a ja będę wiedziała, że właśnie ta ma na nią chrapkę. Mniej więcej wiem kto ze stale u mnie komentujących chciałby ją przeczytać, a jeśli jeszcze ktoś tego nie wyraził pod poprzednim wpisem, to może zrobić to pod tym. Tak bym mogła obdarować kogoś kto takiego prezentu chce. Tyle jeśli chodzi o nagrody dla Was.

Teraz nagroda dla mnie. ;) Muszę się Wam czymś pochwalić. Jak niektórzy wiedzą, niedawno wzięłam udział w konkursie organizowanym przez serwis Zbrodnia w Bibliotece. Czerwcową "rundę" wygrała recenzja "Lunatyka" Jonathana Barnesa, natomiast mnie, jury konkursu postanowiło wyróżnić. I tym sposobem dzięki recenzji: "Wyspa skazańców" Dennis Lehane, leci już do mnie książka niespodzianka. Jak można zobaczyć w komentarzach pod wyróżnionym tekstem, przysłużyła się temu w znacznej mierze Magda. Dlatego do Ciebie, moja droga, niebawem też popłynie niespodzianka wybrana z Twojej "Listy żczeń" (LC). Bo szczęściem lubię się dzielić. :)

Na dziś to wszystko i do przeczytania! :) 

09:54, ksiazkowka , Thriller
Link Komentarze (32) »
środa, 06 lipca 2011

 

 

Do tej pory wydawało mi się, że znam tysiąc odmian historii z zombie w tle. Nic też nie zapowiadało, że niebawem poznam odmianę tysiąc pierwszą, aż do momentu ukazania się na rynku wydawniczym „Lasu zębów i rąk” autorstwa Carrie Ryan. Choć nie paliłam się do tej lektury, skutecznie schładzając swój zapał do niej, licznymi entuzjastycznymi opiniami, to jednak znów ciekawość wzięła u mnie górę. I cóż my tu mamy?

Po moim wstępie nietrudno się domyślić, że bohaterami (drugoplanowymi) są w tej opowieści zombie. Rzesza „przyjemniaczków” (zwana tutaj Nieuświęconymi) otacza wioskę, którą zamieszkują ostatni (?) żyjący i niezarażeni ludzie. I jak na tego typu historie przystało, potwory chcą za wszelką cenę dorwać ludzi, a ludzie za wszelką cenę chcą się przed nimi obronić. Jednak na tym fabuła książki się nie zamyka. Poznajemy w niej także Mary – młode dziewczę mieszkające w klatce (to chyba nie jest przesadne stwierdzenie jeśli teren wioski jest ogrodzony drucianą zaporą?), marzące o poznaniu świata innego niż ten, który ogląda co dzień i bez pamięci zakochane w kimś kogo kochać jej niewolno. Opowieść ta byłaby pewnie nudna do bólu gdyby życie Mary (oraz wszystkich mieszkańców) nie miało się wywrócić do góry nogami. I tak też się dzieje…

Bohaterka walczy (wraz z bliskimi sobie ludźmi) z hordą wiecznie głodnych i pozbawionych krzty inteligencji, żyjących trupów. Co absolutnie nie przeszkadza jej w żywieniu płomiennego uczucia do jednego z towarzyszy niedoli. Tu, wg mnie, autorka zasługuje na pochwałę gdyż bardzo zgrabnie i umiejętnie pokazała miłość tych dwojga. Nie zrobiła tego w jakiś nachalny sposób, robiąc ze swojej opowieści ckliwą historyjkę z horrorem w tle. Postarała się jednak by wątek miłosny był całkiem przystępnie ukazany na kartach „Lasu Zębów i Rąk”. Emocje jakie między nimi buzują, dają się odczuć czytelnikowi jednak nie tłamszą. Jednak na zachwalaniu pani Ryan nie skończę….

Skoro tak ładnie poprowadziła wątek miłosny to dlaczego podobnie nie potraktowała wątku grozy? Dlaczego zombie bardziej nudzą niż straszą? No, może pod koniec książki da się wyczuć trochę więcej mrocznego klimatu horroru, ale to dopiero na końcu. A wcześniej? Długi czas dobijania się stworów do ludzi, nagle ni stad ni zowąd, udaje im się to, myślę więc - „teraz już się będzie działo i w końcu zacznę się bać”, ale to były płonne nadzieje.
Sięgając po tę lekturę liczyłam na wyważone podejście do obydwu kwestii, a ostatecznie miłość wyczuwa się tu najmocniej.

Ostatecznie jest ona ciekawym czytadłem, które czyta się z prędkością światła. Uroku też nie da się jej odmówić, jednak ja, na skutek tego o czym wcześniej wspomniałam (i zamiłowania do mocnych wrażeń podczas lektury), czuję niedosyt. Wydawnictwo sugeruje na ostatnich kartach książki, by w październiku szukać kolejnego tomu w księgarniach. Nie wiem czy sugestii ulegnę, przemyślę to.

Ocena 4,5/6

 

poniedziałek, 04 lipca 2011

 

 

To było wczoraj. Właśnie czytałam książkę, gdy gdzieś w tle usłyszałam szmer. Początkowo go zignorowałam myśląc, że to pewnie wiatr, który niespostrzeżenie wpadł do mojego pokoju przez okno i zaznaczył swoją obecność. Jednak po chwili, ze stanu skupienia znów wyrwał mnie hałas. Zamknęłam książkę, uniosłam głowę i spojrzałam na wprost siebie. Choć na ułamek sekundy z wrażenia zabrakło mi tchu to jednak nie byłam przestraszona faktem, że w moim pokoju na fotelu siedzi młody chłopiec.

Cześć, jestem Bruno – powiedział. Po chwili delikatnej konsternacji również się przywitałam i grzecznie zapytałam młodzieńca, czemu zawdzięczam tę niespodziewaną i bardzo oryginalną wizytę. Odpowiedział mi:
Zawsze, gdy ktoś rozpoczyna lekturę MOJEJ historii, widzę to w myślach niczym w szklanej kuli i śpieszę do tej osoby by przekazać ją osobiście, bowiem żadne słowo pisane nie odda tego jak to przeżywałem. Jesteś gotowa mnie wysłuchać?
Bez chwili wahania odparłam, że tak.

Miałem wtedy 9 lat. W tej chwili mój umysł jest o kilka lat starszy, choć wizualnie wciąż wyglądam na małego chłopca. Mimo, że od tamtych wydarzeń minął już jakiś czas to pamiętam je doskonale. Nic nie zatrze w mojej pamięci tego dnia, gdy w naszym domu panowało ogromne poruszenie, wywołane tą szczególną wizytą – na kolacji mój ojciec spodziewał się gościć Furię*. Cóż to był za dziwny człowiek! Niby taka ważna persona, a kompletnie bez ogłady i dobrych manier! Jeszcze ten jego śmieszny wąsik…Zupełnie jakby się niedokładnie ogolił…
W każdym bądź razie wieczór ten zaważył na przyszłości naszej rodziny. Niedługo potem opuściliśmy tak bliski nam Berlin – nie bez moich licznych protestów i wyrazów niezadowolenia, które na nic się jednak zdały. Naszym nowym miejscem zamieszkania i pracy dla ojca było Po-świecie*. W całym swoim krótkim życiu nie widziałem równie okropnego miejsca jak to! Nie dość, że nikogo tam nie znałem to wszędzie można było natknąć się na żołnierzy, a w sąsiedztwie naszego domu istniał jakiś inny świat. Cała masa
ludzi, którzy od rana do wieczora chodzili po dworze, ubrani tylko w pasiaste piżamy. Widok ten bardzo mnie zszokował i nasuwał wiele pytań, z którymi udałem się do ojca. Ten zbył mnie krótko odpowiadając, że to nie są ludzie…Szybko przekonałem się, że ojciec kłamał, że tam byli ludzie tacy jak on i ja tylko trochę jakby…smutniejsi, bledsi no i wszyscy tak samo ubrani w te śmieszne piżamy. A jak się tego dowiedziałem? Pewnego dnia poznałem przyjaciela zza drucianej siatki. Bardzo się ze sobą zżyliśmy, a ja po niedługim czasie już wiedziałem, że to najlepszy przyjaciel, jakiego kiedykolwiek miałem…

I co dalej? Zapytałam. Bruno spojrzał mi głęboko w oczy z wyrazem, jakiego nigdy u nikogo do tej pory nie widziałam, przeszył mnie spojrzeniem na wskroś, zaciskając przy tym mocno wargi. Już zaczynał mówić dalej, gdy ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika.

Historia „Chłopca w pasiastej piżamie” jest fikcją jak sen, ale tak samo jak sen może odzwierciedlać wydarzenia z jawy, tak wymysł literacki może się opierać na fundamentach prawdziwych zdarzeń sprzed lat. Podziwiam autora za odwagę – na pewno nie każdy byłby w stanie podjąć się ryzyka, stworzenia takiej powieści. Mimo, że nie jest ona wolna od wad, bo w wielu miejscach brak jej realizmu, to jest piękną i poruszającą lekturą o przyjaźni i tragizmie nie tyle ofiar nazizmu, co samych jego wykonawców. Wszak okres II Wojny Światowej to czas cierpienia także dla katów, choć nam Polakom, często ciężko o tym mówić wprost. Może już przyszła na to pora?

* zaczerpnięte z książki

Ocena 6/6

 

sobota, 02 lipca 2011

Na wstępie dziękuję wszystkim za tak liczny udział w mojej skromnej wygrywajce. ;)
Chętnych do przygarnięcia „Zimowego monarchy” oraz „Nieprzyjaciela Boga” znalazło się wielu, bo dokładnie 54 osoby. Niestety vampire.nyks nie została uwzględniona w losowaniu – brak adresu istniejącego bloga/e-mail – przykro mi i zapraszam do udziału w kolejnych moich konkursach, tym razem z większą uwagą. ;)

Zapowiadam także, że to nie koniec konkursów na moim blogu. Tym razem znajdzie się wygrana dla osób, które komentują moje posty. Który nr postu będzie tym wygrywającym? Tego nie zdradzę. ;) Powiem jedynie, że będzie to liczba bardzo bliska tej okrągłej (przykładowo: 299 lub 301, a może 302). Nie będzie tajemnicą tytuł owej książki – zdradzę go za jakiś czas.

No, ale dość już paplania. Pora ogłosić kto zgarnia dwie części TRYLOGII ARTURIAŃSKIEJ. Osobę wygrywającą proszę o podanie adresu do wysyłki w ciągu 7 dni od momentu ogłoszenia wyników, na mój adres e-mail ( ADRES ). W przypadku, gdy adresu nie otrzymam, nagroda zostanie rozlosowana jeszcze raz za tydzień.

Tymczasem…THE WINNER IS:

 

Gratuluję !

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...