O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.

Literatura faktu

poniedziałek, 18 lipca 2011

 

 

Pamiętacie, co robiliście rano w dniu 10 kwietnia 2010 roku? Ja, oczekiwałam wtedy gościa. Krzątając się po domu, robiłam kilka rzeczy naraz jak to często mam w zwyczaju. Gdy w końcu przysiadłam nad poranną kawą, zabrałam się też do codziennej „prasówki” na portalach internetowych. Wśród informacji z kraju i ze świata pojawiła się początkowo niegroźna wzmianka o bliżej nieokreślonej awarii prezydenckiego samolotu – nikt jeszcze nie zakładał najgorszego i przyznam, że sama byłam przekonana o znikomej szkodliwości defektu TU-154. Dopiero po chwili włączyłam TV, a tam każdy kanał skutecznie pozbawiał mnie moich wcześniejszych przypuszczeń. Nie pamiętam w tej chwili jak długo stałam przed ekranem w osłupieniu…

Tego pamiętnego dnia, na chwilę zamknęły się wszelkie podziały polityczne (choć ubolewam bardzo nad tym, że na tak krótką), a otwarły serca wielu ludzi na całym świecie. Tak wielu z nas, uczucie smutku i niezmierzonego współczucia wypełniło po brzegi. Nieważne czy te tragicznie zmarłe osoby ceniliśmy jako polityków, księży, artystów czy wypełniających swoją służbę – to byli przede wszystkim, ludzie tacy jak my.
Właśnie tak stara się przedstawić ich sylwetki, Jerzy Andrzejczak w swojej książce zatytułowanej „96 końców świata. Gdy runął ich świat pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010”.
Krok po kroku przybliża nam każdą z nich, opowiada nie tylko o ich pracy zawodowej i licznych w niej zasługach, ale także o życiu rodzinnym – przy pomocy osób bliskich, opowiada, jakimi byli wspaniałymi rodzicami, dziadkami, żonami, mężami, dziećmi czy duszpasterzami. Tak jak ja we wstępie, przybliża początek tego feralnego dnia w życiu rodzin każdego z nieżyjących. Mówi o silnej potrzebie uczestniczenia w rocznicy zbrodni katyńskiej wielu z nich i o tym jak los sprawił, że przyszło im uczcić śmierć pomordowanych, płacąc za to najwyższą z cen.

Dzięki panu Andrzejczakowi, poznajemy tę historię od samego początku, gdy pracownicy warsztatu samochodowego, znajdującego się nieopodal lotniska w Siewiernyj, zobaczyli spadający z nieba samolot. Potem prowadzi nas (wraz z bliskimi ofiar) przez proces identyfikacji ciał (nie szczędząc drastycznych opisów), powrót zmarłych do ojczyzny oraz pogrzeby. Wspomina także o licznych insynuacjach dotyczących winnych katastrofy, które posypały się lawinowo, jednak ostatecznie pozostawia kwestię teorii spiskowych by udać się z rodzinami na pielgrzymkę do miejsca tragedii, do Smoleńska.

Wspomnienia te są przesycone bólem, cierpieniem, ale też bezgraniczną miłością, szacunkiem i podziwem. Pokazują, że choć fizycznie tych osób nie ma już wśród nas to pamięć o nich nigdy nie zginie, bo tak wiele serc, które ich kochało, zostało tutaj, na Ziemi.

Krystyna Janda w swojej genialnej roli w obrazie Andrzeja Wajdy pt. „Tatarak”, mierząc się z problemem śmierci synów, powiedziała do swojego filmowego męża tak:
„Czy tobie nie jest wstyd, że żyjesz?”. To takie trudne żyć, gdy poczucie sensu bytu chwieje się w posadach, gdy obok nie ma TEJ osoby. Jednak jest to możliwe, co pokazują nam bliscy tych 96 osób – swoją siłą i wolą walki dają wiarę w to, że z każdych ruin, krok po kroku, milimetr po milimetrze, da się odbudować życie, które w sensie dosłownym nigdy się nie skończyło.

Ze względu na tematykę książki nie podejmuję się jej punktowej oceny.

Za możliwość przeczytania tego tytułu, dziękuję wydawnictwu Skrzat oraz portalowi Sztukater.pl.

wtorek, 21 czerwca 2011

 

 

Ogromne połacie syberyjskiej tajgi. Totalnie nie przyjazne tereny dla człowieka skąpane w mrozie i śniegu. Miejsce, w którym głód przysłania wszelkie inne potrzeby, a człowiek przestaje być człowiekiem…
Kilka tysięcy ludzi zostawionych samopas musi tu zawalczyć o przetrwanie – bez jedzenia i podstawowych środków potrzebnych do codziennej egzystencji.
Mają za zadanie zrobić coś z niczego – skolonizować dziewicze rejony i tchnąć w nie życie…
Brzmi jak utopijna fabuła powieści science fiction? Być może, ale to nie jest fikcja (choć wielu chciałoby inaczej).

Powyższy opis to zarys prawdziwych przeżyć tysięcy ludzi zesłanych na wyspę
Nazino, leżącej nieopodal rzeki Ob (zachód Syberii). Francuski historyk, Nicolas Werth przy pomocy przeanalizowanych przez siebie licznych dokumentów w swojej książce pt. „Wyspa kanibali” pokazuje światu dramatyczną historię tych, którym dane było znaleźć się na niej w roku 1933. Byli to ludzie określeni mianem „elementów zdeklasowanych i szkodliwych społecznie” czyli m.in. osoby z wyrokami sądowymi i właściciele dużych majątków rolnych (kułacy). Do tego samego grona zaliczono także osoby starsze (najstarsze z nich miały nawet 110 lat!) oraz niepełnosprawni, którym dodatkowo przyznano statut pasożytów…
Nie brakowało też osób, które trafiły tam bez powodu na skutek „łapanki”.
Bez środków do życia i przede wszystkim bez pożywienia, nie mieli oni szans na przeżycie więc zdecydowanie większa część z nich szybko umierała, a część przeobrażała się w szakali, bestie polujące na współtowarzyszy niedoli…O ile same akty kanibalizmu są w jakimś stopniu zrozumiałe w sytuacji w jakiej znaleźli się ci ludzie to czy zachowania je poprzedzające też?

Całą relację z wyspy Nazino poprzedza w książce dokładny zarys powstania tzw. „wielkiego planu”, który miał na celu oczyszczenie ZSRR ze „szkodliwych elementów”. Werth ukazuje całą jego nieudolność – ogrom słów nieznajdujący żadnego konkretnego odzwierciedlenia w realizacji (zwłaszcza, że próby zasiedlenia rejonów syberyjskich miały już miejsce w przeszłości i również kończyły się tragicznie).
Zatem po co to wszystko? Wysiłek reżimu stalinowskiego i mrzonka o „czystym” państwie oraz tragedia wielu ludzi – jaki był cel „wielkiego planu”?
Być może chodziło tylko o skolonizowanie opustoszałych obszarów Syberii? A może tylko o pozbycie się „balastu” społeczeństwa? Może o jedno i drugie? Proponuję poszukać odpowiedzi na te pytania w niniejszym tytule (i nie tylko) we własnym zakresie.

Jeśli ktoś obawia się licznych opisów scen mrożących krew w żyłach i przez to z góry dyskwalifikuje tę lekturę to ze spokojem rozwiewam te obawy. W całym tym dokumencie (chyba mogę sobie pozwolić na takie określenie) jest niewiele wątków bezpośrednio traktujących o bestialskich zachowaniach kanibali. Choć oczywiście ogólny jego wydźwięk jest dramatyczny.

Co do samego wydania to nie podoba mi się pomysł umieszczenia większości przypisów na ostatnich kartach książki – jest ich wiele i ciągłe jej wertowanie w poszukiwaniu któregoś z nich jest uciążliwe. Jednak jest to chyba tylko szczegół, który być może wadzi tylko mnie, a tak naprawdę nie sprawia, że lektura traci na wartości.

Całokształt „Wyspy kanibali” sprawia, że dopisuję ją do listy najwartościowszych lektur z dziedziny historii i literatury faktu zarazem.

 

Ocena 6/6

 

piątek, 10 czerwca 2011

 

 

Czym jest uzależnienie? To niepohamowana chęć powtarzania jakiegoś działania lub karmienia swojego ciała i umysłu jakąś używką. Może nią być wszystko, poczynając od narkotyków, a kończąc na grach komputerowych.
Można się także uzależnić od ludzi – od ciepła, uczuć i całego dobra, które z nich wypływa.
A czy można uzależnić się od nich mimo, że w świat wysyłają niemal tylko samo zło?
Okazuje się, że w pewnym sensie tak.

Bohaterka „Strefy cienia”- Ula, podejmując decyzję o ucieczce z domu w wieku jeszcze nastu lat, zna tę przymusową zależność od innego człowieka jak mało kto. I choć jej imię jest w książce fikcyjne to jej przeżycia jakie śledzimy podczas lektury – jak najbardziej prawdziwe.
Wszystko zaczyna się od jej decyzji o ucieczce z domu – zmęczona ciągłymi napięciami w rodzinie i brakiem zrozumienia ze strony jej członków, postanawia opuścić tę bezpieczną przystań i zaryzykować życie na niepewnym gruncie.
Bez żadnego pomysłu na to co dalej zrobić i gdzie iść, postanawia zwrócić się o pomoc do człowieka, którego poznała niedawno wracając ze szkoły – wsiadając wtedy do auta mężczyzny, który z powodzeniem mógłby być jej dziadkiem, nie wiedziała jeszcze jaką przyszłość on jej zgotuje…
Zdawałoby się, że to człowiek o czułym i ciepłym sercu, o szczerych i dobrych
zamiarach, czasem tylko trochę nerwowym…Okazuje się, że to jednak fatamorgana, którą Ula chciała widzieć cały czas. Wizja ta trzymała się jej bardzo długo (kilka lat) i skończyła tam gdzie kończy się każde uzależnienie – na samym dnie wszystkiego co najgorsze…

Roman nie był dobrym człowiekiem…Roman był chorym psychopatą, przestępcą, który jakimiś magicznymi zdolnościami potrafił zjednywać sobie ludzi i ich zaufanie. A gdy ci mimo wszystko dostrzegli pod tą fałszywą maską, jego prawdziwe oblicze, ten natychmiast zmieniał taktykę działania i szantażował ich, byleby osiągnąć swoje cele.
Ula była jedną z jego wielu ofiar, kto wie czy jednak nie najbardziej poszkodowaną bowiem brzemię tej znajomości będzie nosić do ostatnich dni swojego życia…

Po lekturze tej, nasuwa się cała masa pytań, na które nam czytelnikom pewnie łatwo sobie odpowiedzieć z poziomu obserwatora, jednak bardzo trudno ze strony ofiary.
Podstawowe pytanie to dlaczego pozwoliła na to by ten koszmar tak długo trwał? W książce pada na nie odpowiedź, choć ta szokuje i wydaje się być totalnie irracjonalna (mimo, że na swój dziwny sposób jest oczywista).
Ula przez długi czas byłą figurką z plasteliny dla Romana – podatną na formowanie po każdym jego krzyku. Była jego zabawką zamkniętą w klatce. Była dla niego
żoną, gosposią, panią do reprezentacji i kochanką mimo, że on niszczył ją konsekwentnie latami. Dlaczego przy nim trwała? Bo go kochała nad życie…

„Strefa cienia” to trudna lektura będąca rozliczeniem się autorki z przeszłością, formą autoterapii. A czym ma być dla czytelników? Na pewno w jakimś stopniu przestrogą i na pewno próbą ułatwienia wniknięcia w psychikę osoby zaszczutej przez tyrana, bowiem łatwo kogoś ocenić i powiedzieć, że „sama sobie winna” albo „jakby od razu od niego odeszła to…”.
Tam gdzie problemy rodzą się w mrocznej części psychiki człowieka nic nie jest łatwe i oczywiste.

Nie polecam ani nie odradzam przeczytania tej lektury. Kwestię wyboru pozostawiam Wam choć dla mniej jest ona bardzo cenna.

 

licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...