O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.

Fantastyka

piątek, 22 lipca 2011

 

Gdyby tak móc być z ukochaną osobą niemal cały czas. Tak by w niczym jej nie przeszkadzać, nie stawać się dla niej ciężarem i nie doprowadzać do przesytu swoją obecnością. Być przy niej, gdy ta potrzebuje pomocy, szeptem sugerować rozwiązanie problemu w taki sposób by osoba nam bliska myślała, że właśnie do głowy sam wpadł jej pomysł na ratunek z opresji. Być natchnieniem i muzą, niezauważalnie sprawiać, że na twarzy tej osoby codziennie gości uśmiech mimo przeciwności losu…Móc to wszystko w zamian za wyrzeczenie się fizycznej bliskości…Kusząca perspektywa, choć jednocześnie tak brutalna i pozbawiona wszystkiego, co dają nam tak ważne zmysły jak węch, smak czy dotyk. Można być posłańcem wszystkiego, co dobre dla tego, kogo kochamy ceną fizycznej z nią bliskości.

Dla Helen to codzienna norma odkąd umarła. Od tego czasu minęło już wiele lat i zdążyła już zapomnieć, jakie to uczucie mieć w ustach jabłko albo wąchać kwiaty. Nie mogła też dotknąć włosów człowieka, który był jej obecnym Gospodarzem. Choć nie zamieszkała jego ciała, a jedynie istniała tuż obok niego to darzyła go specyficznego rodzaju zażyłym uczuciem. Mieszkała z nim pod jednym dachem, chodziła z nim do szkoły, w której pracował jako nauczyciel i starała się ze wszystkich sił by wena pisarska go nie opuszczała. Nic nie zapowiadało, że te codzienne rytuały się zmienią do momentu, w którym Helen zorientowała się, że jest obserwowana. Pewnego dnia stał się cud i po raz pierwszy od ponad stu lat ktoś ją widział – nie ten delikatny ruch niektórych przedmiotów, w który czasem je wprawiała, a nią samą w całej okazałości. Im bardziej James się do niej uśmiechał, tym mniej bohaterka miała wątpliwości co do tego, że jej wieczne życie wreszcie nabierze jaskrawych barw. To niemal od pierwszego gestu ust, Helen wiedziała, że muszą być razem. Jednak czy możliwy jest związek ducha z człowiekiem?

Droga do ich szczęścia nie była usłana różami – wiodła ona przez kręte i wyboiste ścieżki. Jednak oboje się nie poddawali się i z odwagą nią kroczyli, stawiając czoło przeciwnościom losu. Całą tę otoczkę ich uczucia, autorka pokazała w bardzo ciekawy sposób, używając do tego delikatnego i subtelnego języka (nie wliczając w to niektórych dialogów). Choć pomysł na fabułę może nie był oryginalny, bo chyba wszystkie jej wątki znane były mi już z filmów, to nie da się tej książce odmówić swoistego uroku. Ma w sobie magię, która przyciąga.

Jest to debiut pisarski pani Laury Whitcomb, co raczej nie może świadczyć o nieskazitelności jej pierwszego „dziecka”. Co jest skazą w „Światła pochyleniu”? Według mnie jest to z lekka spłycony wątek miłosny. Hmm…Może lepiej powiedzieć, że zbyt prosty. Sam fakt, że Helen zostaje wreszcie przez kogoś dostrzeżona sprawia, że między nią a James’em rodzi się płomienne uczucie. Rozumiem…uczucie osamotnienia przez tyle lat…potrzeba kontaktu…jednak fakt, że tych dwoje z miejsca się w sobie zakochuje mnie nie satysfakcjonuje. Wolałabym by w tok akcji było wplecione więcej zawirowań. To dodałoby jej dynamizmu i wywoływałoby głód poznawania kolejnych rozdziałów, a tak…Czytało się miło i z zaciekawieniem, ale nie takim, jakiego bym chciała.

Jednak biorąc pod uwagę całokształt powieści Laury Whitcomb, stwierdzam, że w tym ciele drzemie siła i talent pisarski, który musi nabrać większego kunsztu. Możesz w kolejnej pozycji jej autorstwa mój wymagający gust to odnajdzie? Tego sobie życzę, a Wam? Podejrzewam, że wiele z Was pokocha ten tytuł już teraz, bo wiem, że wątki miłosne w oprawie fantastycznej cieszą się ogromnym zainteresowaniem i niesłabnącym poparciem. Wam życzę przyjemnej podróży do świata marzeń, emocji i interesującej mieszanki tego, co ludzkie z tym, co przypisane jest tylko zjawom.

Ocena 4,5/6

piątek, 15 lipca 2011

 

 

Wyobraźcie sobie świat pełen wilkołaków. Jednak nie taki, w którym te łaknące krwi istoty są w nim pewnego rodzaju dodatkiem czy wątpliwej jakości urozmaiceniem. Zwizualizujcie sobie rzeczywistość, w której istoty te są czymś naturalnym i nikogo nie dziwi ich istnienie. Pomni wielu lektur z takim wątkiem, powiecie: nic trudnego? Dobrze…To teraz do tego obrazu dołóżcie sobie kobietę biegnącą za przedstawicielem jednego z nich, dopadającą go i okładającą parasolką. Prawda, że już jest ciekawiej?

Pani, kryjąca się pod pseudonimem Gail Carriger, postarała się o to by podczas lektury jej książki nie sposób było się nudzić i by nie zabrakło w fabule interesujących oraz dobrze weń wkomponowanych, elementów. Akcję powieści „Bezduszna” wplotła w czasy epoki wiktoriańskiej ówczesnego Londynu. Na bohaterkę pierwszego planu wybrała sobie jakże barwną i wyrazistą postać – dwudziestosześcioletnią starą pannę z włoskimi korzeniami. Nie taką tam zwykłą zrzędzącą kobietę bez perspektyw na zamążpójście, a inteligentną, oczytaną z nieopuszczającym ją ani na krok, zgryźliwym poczuciem humoru, niewiastę…bezduszną. I nie chodzi tu bynajmniej o chłód uczuciowy, a dosłowne rozumienie tegoż…hmm…bonusu, (choć owo określenie mocno kłóci się z jego ideą).
O przypadłości panny Tarabotti prawie nikt nie wie, nawet jej najbliższa rodzina. Wyjątek stanowią członkowie Biura Ultranaturalnych Rzeczy (w skrócie BUR), którzy informację o wyjątkowych zdolnościach Alexii do neutralizowania mocy istot nadprzyrodzonych, mają w swoich aktach. Jednak fundamenty tej tajemnicy zaczęły mocno drżeć w posadach, gdy bohaterka postanowiła skutecznie nauczyć dobrych manier jednego z wilkołaków. Gdy ten zapragnął skosztować jej krwi, ta bez zastanowienia zdzieliła go parasolką…A, że ze skutkiem śmiertelnym…No cóż, wypadek przy pracy – zdarza się najlepszym.
Pieczę nad przeprowadzeniem śledztwa w sprawie śmierci krwiopijcy, przejmuje BUR, na czele z lordem Maccon’em. Choć ten, początkowo budzi w Tarabotti raczej mniej przychylne uczucia, przejawiające się w licznych utarczkach słownych, to szybko jednak sprawdza się w ich przypadku powiedzenie: „kto się czubi, ten się lubi”.

Bez obawy jednak! To nie jest kolejna smętna opowieść z cyklu: ona taka piękna i bezbronna (obydwa określenia pasują do bohaterki jak pięść do oka) natomiast on rządny krwi, ale bezgranicznie zakochany i w związku z tym, wstrzemięźliwy. Uff….Na szczęście to nie tego typu literatura. To historia osadzona w końcu XIX wieku, gdzie znajdują się niemal wszystkie charakterystyczne elementy tego czasu – piękne stroje, (choć zapewne często doprowadzające do szewskiej pasji), nienaganne maniery (nie licząc braku ogłady niektórych, sepleniących wilkołaków) i piękny język, (w który mistrzowsko wpleciony jest absolutnie fantastyczny humor). Styl autorki jest lekki i jednocześnie pełen osobliwego uroku. Z pomysłu starego prawie jak świat, stworzyła niebanalną opowieść, od której nie sposób się oderwać aż do końca.

Chyba śmiało mogę zachęcić do tej książki także tych, którzy nie przepadają za wątkami krwiopijców w tle albo są do nich uprzedzeni, bo to naprawdę miła odmiana i jeszcze milsze zaskoczenie. Wiem, co mówię, bo wszystko, czego tematem był wampiryzm, wzbudzało we mnie skojarzenia „zmierzchopodobne” i skutecznie mnie odstręczało. Jak się jednak okazało, nie do końca słusznie.

Ocena 6/6

środa, 06 lipca 2011

 

 

Do tej pory wydawało mi się, że znam tysiąc odmian historii z zombie w tle. Nic też nie zapowiadało, że niebawem poznam odmianę tysiąc pierwszą, aż do momentu ukazania się na rynku wydawniczym „Lasu zębów i rąk” autorstwa Carrie Ryan. Choć nie paliłam się do tej lektury, skutecznie schładzając swój zapał do niej, licznymi entuzjastycznymi opiniami, to jednak znów ciekawość wzięła u mnie górę. I cóż my tu mamy?

Po moim wstępie nietrudno się domyślić, że bohaterami (drugoplanowymi) są w tej opowieści zombie. Rzesza „przyjemniaczków” (zwana tutaj Nieuświęconymi) otacza wioskę, którą zamieszkują ostatni (?) żyjący i niezarażeni ludzie. I jak na tego typu historie przystało, potwory chcą za wszelką cenę dorwać ludzi, a ludzie za wszelką cenę chcą się przed nimi obronić. Jednak na tym fabuła książki się nie zamyka. Poznajemy w niej także Mary – młode dziewczę mieszkające w klatce (to chyba nie jest przesadne stwierdzenie jeśli teren wioski jest ogrodzony drucianą zaporą?), marzące o poznaniu świata innego niż ten, który ogląda co dzień i bez pamięci zakochane w kimś kogo kochać jej niewolno. Opowieść ta byłaby pewnie nudna do bólu gdyby życie Mary (oraz wszystkich mieszkańców) nie miało się wywrócić do góry nogami. I tak też się dzieje…

Bohaterka walczy (wraz z bliskimi sobie ludźmi) z hordą wiecznie głodnych i pozbawionych krzty inteligencji, żyjących trupów. Co absolutnie nie przeszkadza jej w żywieniu płomiennego uczucia do jednego z towarzyszy niedoli. Tu, wg mnie, autorka zasługuje na pochwałę gdyż bardzo zgrabnie i umiejętnie pokazała miłość tych dwojga. Nie zrobiła tego w jakiś nachalny sposób, robiąc ze swojej opowieści ckliwą historyjkę z horrorem w tle. Postarała się jednak by wątek miłosny był całkiem przystępnie ukazany na kartach „Lasu Zębów i Rąk”. Emocje jakie między nimi buzują, dają się odczuć czytelnikowi jednak nie tłamszą. Jednak na zachwalaniu pani Ryan nie skończę….

Skoro tak ładnie poprowadziła wątek miłosny to dlaczego podobnie nie potraktowała wątku grozy? Dlaczego zombie bardziej nudzą niż straszą? No, może pod koniec książki da się wyczuć trochę więcej mrocznego klimatu horroru, ale to dopiero na końcu. A wcześniej? Długi czas dobijania się stworów do ludzi, nagle ni stad ni zowąd, udaje im się to, myślę więc - „teraz już się będzie działo i w końcu zacznę się bać”, ale to były płonne nadzieje.
Sięgając po tę lekturę liczyłam na wyważone podejście do obydwu kwestii, a ostatecznie miłość wyczuwa się tu najmocniej.

Ostatecznie jest ona ciekawym czytadłem, które czyta się z prędkością światła. Uroku też nie da się jej odmówić, jednak ja, na skutek tego o czym wcześniej wspomniałam (i zamiłowania do mocnych wrażeń podczas lektury), czuję niedosyt. Wydawnictwo sugeruje na ostatnich kartach książki, by w październiku szukać kolejnego tomu w księgarniach. Nie wiem czy sugestii ulegnę, przemyślę to.

Ocena 4,5/6

 

czwartek, 23 czerwca 2011

 

 

Taką już mam naturę, że do książek, które wywołują zbiorowy zachwyt wśród recenzentów podchodzę z dużą dozą sceptycyzmu. Obawiam się, że coś, co zachwyca tłumy, nie sprosta mojemu dość specyficznemu gustowi czytelniczemu. Dlaczego więc wybrałam lekturę autorstwa pani Carolyn Jess-Cooke, która od dnia premiery zyskała tak wielu fanów?
W głównej mierze kierowała mną ciekawość. Co takiego jest w tej pozycji, że tak wiele osób do niej lgnie? O czym opowiada?

Jakiś czas temu telewizja emitowała serial pt. „Dotyk anioła”. Nie byłam jego fanką jednak pamiętam, że opowiadał o aniołach zesłanych na Ziemię w celu pomagania ludziom w ich codziennym życiu. Po przeczytaniu pierwszych stron „Zawsze przy mnie stój” dopadło mnie uczucie, że wątek w nich zwarty nie jest mi obcy. Kobieta imieniem Margot, tuż po swojej śmierci zostaje wyznaczona do pełnienia funkcji Anioła Stróża. To już było, powiecie? Owszem, w literaturze (i nie tylko) anioły często wracały do świata żywych by dyskretnie uczestniczyć w ich egzystencji, ale czy równie często były niebiańskimi opiekunami dla samych siebie? Wydaje mi się, że nie…Ruth (za ziemskiego życia Margot), staje w obliczu trudnego zadania – ma wspomagać siebie w wydarzeniach dnia codziennego i ułatwiać podejmowanie decyzji jednak bez ingerowania w ich ostateczny bieg.
Ruth, stara się wypełniać najlepiej jak potrafi swoją powinność od pierwszych chwil swojego życia. Obserwuje cały proces wzrastania, wszystkie złe i dobre decyzje, choć zdaje się, że tych pierwszych jest więcej. Bywa, że patrząc na swoje poczynania nienawidzi samej siebie, a ja denerwowałam się razem z nią na…nią samą. Choć to wszystko zdaje się być zawiłe to w toku fabuły pogubić się nie da.

I tak oto dobrnęłam do największej (wg mnie) zalety tej książki, czyli akcji. Podczas lektury nie sposób się nudzić choćby się tego chciało! Dosłownie cały czas coś się dzieje i chłonie się kartkę po kartce w mgnieniu oka.
Łatwo się też zżyć emocjonalnie z bohaterami – odczuwać niemoc Anioła Stróża lub szczęście z powodzeń albo współczuć nieszczęść podopiecznej lub złościć się na dokonywane przez nią wybory. Uczucia, jakie żywi Margot do miłości swojego życia są niemal namacalne. Cała fabuła, choć jest fikcją zdaje się być bardzo bliska czytelnikowi.

Czyżby to był właśnie ten haczyk autorki, na który łapią się kolejni czytelnicy tego bestsellera? Czy chodzi właśnie o to, że w toku fabuły można odnaleźć cząstkę własnego życia? A może o to, że nie sposób po zakończonej lekturze, nie zastanowić się nad tym, co tak naprawdę się w nim liczy? Sami musicie sprawdzić odpowiedzi na te pytania. Ja jedynie mogę zagwarantować, że gdy zamkniecie książkę, nabierzecie pokory do własnego życia i zadeklarujecie się przed sobą, że od tej pory będziecie staranniej decydować o kluczowych dla siebie (i bliskich) kwestiach, bowiem czasem zbyt pochopnie zmieniamy bieg naszego losu.

Tak, tak…To właśnie jeden z tych tytułów, które w zawoalowany sposób grają na naszych emocjach. A jeśli to wszystko jest okraszone delikatną formą fantastyki (delikatną, mimo że spotykamy tu też demony) to jestem jak najbardziej za.

Ocena 5,5/6

 

Za możliwosć przeczytania ksiązki dziękuję:
 



niedziela, 08 maja 2011

 

 

Uch…jaka to była długa podróż ! Podróż bez chwili wytchnienia z ogromem informacji wypływających ze świata wolpertingów. A cóż to są wolpertingi, zapytacie ?
Wolpertingi to stworzenia doskonałe. Ni to do końca psy bo mają rogi…ludzie tym bardziej nie mimo, że myślą, czują i mówią. A może są wszystkim po trochu ? Tego Wam nie powiem…:)

Jak tytuł książki wskazuje najważniejszym jej bohaterem jest Rumo, który razu pewnego budzi się w swoim idealnym i sielankowym świecie po to by ktoś mu to szczęście brutalnie wyrwał z łapek. Od tej chwili już nic nie jest takie samo, wszystko się zmienia wraz z nim samym. A Ty Drogi Czytelniku wpadasz w cały ten wir zdarzeń wraz z nim. Poznajesz nowe miejsca, nowe istoty. Badasz to wszystko swoimi zmysłami ale nie w sposób jaki znasz ! Od tej pory patrzysz nosem, widzisz barwy uczuć a nawet ich kształt. Jesteś wewnątrz istnień i jesteś ich częścią ! Ożywiasz coś co nigdy nie miało w sobie tchnienia dlatego uważaj na pływające wokół Ciebie przypisy !

To moje pierwsze spotkanie z wyobraźnią Moers’a i na pewno nie ostatnie – jestem pod ogromnym wrażeniem jej zasięgu, siły i piękna.
Samo wydanie książki również ujmuje – niemal 700 stron w twardej oprawie przeplatane ilustracjami. To robi wrażenie ! Całokształt składa się na najwyższą ocenę.
 

---------------------------------------------------------------------------------------

Efekt wymiany na Lubimy Czytać. 

11:07, ksiazkowka , Fantastyka
Link Komentarze (2) »
licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...