O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.

Literatura współczesna

czwartek, 11 sierpnia 2011

 

 Co można pomyśleć o książce, która ma zakrzywiony blok, lekkie przybrudzenia na rogach i wyblakły tekst na swoich kartach? Zapewne to, że jest to egzemplarz bardzo zmęczony swoim życiem, że uraczył swoją obecnością wiele domów i nasycił wiele par oczu. I będzie to jak najbardziej prawdziwe myślenie. Są jednak takie książki, które swoim stanem fizycznym zdają się odzwierciedlać losy ich bohaterów – trudne, męczące (dla nich, nie dla czytelnika) i co rusz wytarte ze szczęśliwych chwil.

Dokładnie takie odczucia mam po zakończonej lekturze „Ballady o Januszku” autorstwa Sławomira Łubińskiego. Tyle w niej emocji, zwyczajnych ludzkich odruchów i prostoty…
Debiutancka powieść tego „człowieka orkiestry” (imał się w życiu różnych zajęć by ostatecznie skupić się na tworzeniu scenariuszy filmowych i pisarstwie) opowiada o miłości bezwarunkowej – matki do syna. Aż prosi się by dodać tu także „i z wzajemnością”, ale tak trudno dopatrzeć się tu Januszkowej miłości do swojej rodzicielki…
Genowefa Smoliwąs to prosta, dobra kobieta o wielkim sercu, ale bez wykształcenia i pokaźnego majątku. W czasach świetności Hitlera przyszło jej zostać małżonką Franciszka i niebawem spodziewać się jego dziecka – pierwszego i jedynego. Gdy panowanie okrutnej, niemieckiej ręki zdawało się dobiegać końca, a szczęście miało już nie opuszczać tej młodej rodziny, stała się rzecz tragiczna. Franciszek, bowiem stracił życie w obozie, dziecko lada moment rodzić się miało, a Genia sama na świecie jak palec…Żadna to jednak przeszkoda w życiu dla jej silnego ducha. Ledwie wiążąc koniec z końcem, biegając z jednej pracy do drugiej, codziennie podejmowała się trudnej sztuki wychowania swojej latorośli. Wydawałoby się, że mimo braku ojcowskiej ręki, proces ten przebiega należycie. Do dnia, w którym Januszek przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej…Wtedy to chłopiec w tak młodym wieku pokazał, na jakie to słowa stać go względem matki, a te wierzcie mi, nie były balsamem dla uszu styranej kobiety…
Wraz z postępującym wiekiem młodzieńca nie było lepiej. Januszek popadał w coraz to nowsze kłopoty i coraz to poważniejsze przewinienia, które na horyzoncie mogły pokazywać tylko dom poprawczy. Mimo wszystkich występków, nie mógł narzekać na brak opieki i troski ze strony matki – ta dawała mu wszystko, co miała a nawet więcej…To dla niego traciła zdrowie, szacunek niektórych ludzi, padała ofiarą podłych oszustw i wykorzystywania. Dlatego, że kochała go tak jak tylko matka może kochać syna, dostawała w zamian tylko obietnice poprawy na przemian z najgorszymi świństwami, jakie można sobie wyobrazić…

Cała ta opowieść jest niezwykle czysta i klarowna w swoim przekazie. Tak łatwo zżyć się z Genią i bez zająknięcia popierać jej poczynania, mimo że te od miana „poprawnych” bardzo często odbiegają…Słuchając jej opowieści (początkowo myślałam, że swój monolog kieruje do autora – myliłam się) ma się też świadomość, że wielokrotnie popełniała błędy w stosunku do swojego syna, ale bezgraniczne uczucie, jakim go darzyła, przyćmiewało wszystko…
A Januszek? Cóż…istny diabeł wcielony – tak najkrócej można opowiedzieć o jego charakterze i stylu bycia.

Co poraża w tej powieści? Zdecydowanie jej prawdziwość i ciągła aktualność. „Ballada o Januszku” powstała pod koniec lat siedemdziesiątych, ale gdyby nie specyficzny język, jakim autor się posługuje (i kilka faktów historycznych) miałabym poważny problem z odgadnięciem czasu akcji. Toć takich Januszków teraz dostatek…A miłość rodzica do dziecka była, jest i będzie zawsze, choćby nie wiem jakiego zła latorośl się dopuszczała…

Ocena 6/6

środa, 10 sierpnia 2011

Dziś wpis krótki, dziękczynno - chwalipięcki. ;) Magda obiecała mi niespodziankę z tytułu nagabywania jej do udziału w konkursie na recenzję tygodnia LC, który też wygrała. :) Wcale mnie to nie zdziwiło tak na marginesie. ;)
W związku z tym, wczoraj otrzymałam od niej paczuchę przyjemności:

 


Za wszystko bardzo Ci Kochana Magdo, dziękuję! Dla męża również ślę podziękowania i pozdrowienia, bo ponoć maczał w tej przesyłce swoje palce. ;)
Ach, jak miło dostać książkę, którą miało się w planach czytelniczych! Te słodkości…i zakładka do kompletu :D Mam już złotą z motylem, teraz będę mieć srebrną. Dziękuję jeszcze raz. :) :*

środa, 20 lipca 2011

 

 

Pisaliście może kiedyś pamiętnik lub dziennik? Ja przyznaję, że tak. Miałam wtedy kilkanaście lat i skrzętnie zapisywałam w „tajemniczym zeszycie” swoje najskrytsze sekrety oraz przemyślenia. Nie brakowało tam także licznych wyrazów płomiennych uczuć do ucieleśnienia moich młodzieńczych marzeń o miłości – był to wokalista pewnego zespołu.
Jako młoda osoba nie widziałam wtedy jakiegoś innego, głębszego sensu w prowadzeniu takich zapisków. Teraz już wiem, że pisanie dziennika czy pamiętnika może być formą autoterapii.

Wiedział o tym także pan Ryszard Sadaj, opierając na tym zamysł fabuły swojej książki pt. „Terapia Pauliny P.”. Pewnie myślicie teraz, że za przedmiot swojej lektury, znów obrałam jakiś arcy trudny i „ciężki” wątek jak to często mam w zwyczaju? A, guzik! No, ale…po kolei.
Paulina P. jest główną bohaterką niniejszej pozycji (choć tych jest w niej znacznie więcej). Jest pozornie zwyczajną, niespełna czterdziestoletnią kobietą, mieszkającą w Krakowie wraz z mężem i dwójką dzieci.
Marian to artysta. Do końca jednak nie wiadomo czy wyraźniej widać przejawy jego artyzmu w (bólach i z wielkim trudem pojawiających się) książkach jego autorstwa czy w jego wywodach dotyczących „kolegów po fachu”, po kilku głębszych, bowiem Marian to wytrawny alkoholik.
W przypadku syna Pauliny, Witka, nie stwierdzono w 100% kontaktu ze światem rzeczywistym. Możliwe, że z realiów gier komputerowych teleportuje się do domu tylko po to by zajrzeć do lodówki, ewentualnie sprawdzić za pomocą waserwagi czy jego komputer stoi w należytym poziomie.
Córka, Emilka, natomiast ma zdolności paranormalne. Potrafi, bowiem (chyba jako jedyna) wycisnąć pryszcze, które jeszcze się na jej twarzy nie pojawiły.
I jak tu nie zwariować w takiej rodzinie? W dodatku będąc osobą diabelnie drobiazgową i nieustannie z czegoś się tłumaczącą bez potrzeby. Takiej wiedzy Paulina nie posiadła. Z pomocą jednak przychodzi jej psycholog, który zaleca jej prowadzenie dziennika.

To dzięki notatkom z zeszytu A4 poznajemy perypetie naszej bohaterki, które urozmaicają jakże barwne i zabawne postacie z książki. Ta napisana jest niezwykle lekko i przystępnie.
Zabierając się za tę lekturę, najlepiej jest mieć dłuższą chwilę wolnego czasu by bez wyrzutów sumienia móc ją natychmiast pochłonąć. Nie polecam między czasie podjadania ciasteczek, a napoje należy dawkować sobie w maleńkich łyczkach by to nie kolidowało z napadami śmiechu – rzecz może skończyć się tragicznie dla czytającego.

Same plusy? Minusów brak? Niestety nie…Minus jest jeden, ale za to duży, nawet bardzo. Jest nim okładka. Gdy wypakowałam książkę z koperty, w pierwszej chwili byłam pewna, że nadawca przesyłki się pomylił i wysłał mi jakiś poradnik. Dopiero, gdy skupiłam wzrok na tytule, wiedziałam, że nie ma mowy o pomyłce. Nie zmienia to jednak faktu, że oprawa graficzna tej pozycji może nie zachęcić do lektury potencjalnego czytelnika. Powiem więcej – niektórych może odstraszyć. Ten „poradnikowy” wygląd wraz z groźnie i poważnie brzmiącym tytułem kompletnie nie zapowiada tego, co jest w środku. A tam masa dobrego humoru i przede wszystkim relaksu w kobiecym wydaniu.

Czuję się, zatem zobowiązana do zwrócenia uwagi na „Terapię Pauliny P.” osób, które chciałyby poznać psychologa leczącego alkoholizm koniakiem albo interesuje je, co się dzieje z jamnikiem odwirowanym w pralce. Jeśli chcecie się dobrze bawić przy niezobowiązującej lekturze to będzie wyśmienity wybór.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Skrzat oraz portalowi Sztukater.pl.

Ocena 5/6
 

środa, 13 lipca 2011

Nieniejszą książkę wygrałam w konkursie u Niedopisanie. Za prezent ślicznie dziękuję.

 

 

W różny sposób dobieram sobie lektury. Czasem tak zwyczajnie wg pisarza, którego twórczość bardzo cenię, a czasem w wyniku mojego, pokręconego systemu wartościowania opinii dotyczących danego tytułu. Mnogość entuzjastycznych ocen zazwyczaj mnie odstrasza jednak ciekawość często zwycięża i nakłania mnie przychylnie do nabycia jakiejś książki. Jest też drugi system – różnorodność ocen punktowych. Im więcej skrajnych, czyli tych oscylujących od najniższych do najwyższych tym większe prawdopodobieństwo, że lekturą się zainteresuję. Dlaczego? Ponieważ zarówno pozytywne noty jak i negatywne są odzwierciedleniem emocji wypływających w trakcie lektury jak i zwieńczających ją, a siła oddziaływania to dla mnie najmocniejszy wabik.

Podobnie było w przypadku „Nie ma o czym mówić” Marty Szarejko. Blogowe oceny tej niepozornej książeczki rysowały się dość radykalnie – jedni ją chwalili, a drudzy niekoniecznie albo podchodzili do niej wręcz obojętnie. Teraz, po zakończonej lekturze wcale mnie to nie dziwi, bowiem najczęściej ma się tego rodzaju odczucia do kwestii bezdomności – skrajnie różnie.
To, co zaprezentowała nam autorka to zbiór krótkich (niejednokrotnie wręcz mikroskopijnych) opowiadań dotyczących życia ludzi bezdomnych. Nie opowieści o tym jak to się stało, że znaleźli się tam gdzie byli, a opowieści o tym, co sami chcieli przekazać. Jedni mówili o tym, co było, drudzy o tym, czego by chcieli, inni wprost opisywali rzeczywistość, jaka im towarzyszyła, na co dzień. Byli też tacy, którzy mówili o tym, co istniało tylko w ich wyobraźni… Wszystko to składa się na zbiór szczerych i dających do myślenia wyznań.

Pani Marta do stworzenia niniejszych opowiadań posłużyła się mocno nietypową, ale interesującą formą przekazu. Nie ma tu typowych dialogów, a wypowiedzi bohaterów są wrzucone w książkę niczym z worka pełnego potoku myśli i słów. Zupełnie jakby otworzyć czyjś umysł i zajrzeć do środka – jeden wielki tłok i chaos.

Zatem jak tu ocenić ten tytuł, jeśli w ogóle należy? Zastanawiałam się nad tym znaczny kawałek czasu i doszłam do wniosku, że jednak to zrobię. Po pierwsze za to, że porusza tak ciężki temat, o którym chyba mało, kto chce rozmawiać. Po drugie za to, że zmusza do myślenia. A po trzecie? Za styl, jakim się posługuje – ten nakłania do rozmów na temat tej pozycji z innymi (ze względu na oryginalność formy) i przy okazji, do poruszania tego „drażliwego” wątku. Do mnie jednak ta forma niespecjalnie przemawia. Zatem nie będę tu pisać, że po tej lekturze każdy zapragnie wspaniałomyślnie wpłynąć na losy bezdomnego, którego widuje na co dzień w drodze do pracy/szkoły, bo zdecydowanie tak nie będzie. Takiej siły „dziecko” pani Szarejko nie posiada. Jednak jest to jakiś punkt zaczepienia.

Opowiadania te polecam osobom, które czują się na siłach zmierzenia się z tym problemem jak i tym, które są otwarte na nowe formy przekazu. Nieszablonowość to cecha najważniejsza „Nie ma o czym mówić".

Ocena 4/6

poniedziałek, 11 lipca 2011

 

 

Za pięknymi górami, za pięknymi lasami, wśród wód czystych niczym pierwsza dziecięca łza, w klimacie ciepła i temperamentnej natury mieszkańców tegoż miejsca, żyje pewien człowiek. Persona wszechstronnie uzdolniona! Największym z jego talentów rozpoznawalnych wśród tłumów jest umiejętność takiego łączenia słów w zdania, by te w efekcie dawały opowieści niesamowite. Tego czarodzieja słowa pisanego zwą Mendoza, Eduardo Mendoza.

Magia jego powieści nie tkwi w fantastycznych wątkach, gdzie siły ciemności ścierają się z dobrem szeroko pojętym. Nadprzyrodzona siła tkwi w stylu, jakim się posługuje. Łącząc fakty historyczne, dodając do nich szczyptę filozofii i związując to wszystko silnie fikcją, tworzy historie wybitnie klimatyczne, takie jak „Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa”.
Na bohatera głównego wybiera sobie jakże wyrazistą postać…Popmoniusz to patrycjusz rodem z Rzymu, mówca, jakich mało, myśliciel duchem oraz…wybitny niezdarzeniec. Razu pewnego wyruszył on w świat, by szukać źródła cudownego napoju, który miał dać spożywającemu mądrość niezmierzoną, niepojętą i bezgraniczną. Ostatecznie, nasz filozof zyskiwał tylko niekończące się problemy żołądkowe (łagodnie rzecz ujmując)…Wycieńczająca wędrówka zawodzi go w rejony Nazaretu gdzie poznaje małego, niepozornego chłopca o imieniu Jezus. Młodzieniec dzieli się z nim tragiczną w skutkach historią swego ojca Józefa – ten, bowiem lada dzień ma zostać ukrzyżowany pod zarzutem morderstwa. Jako, że ani Jezus ani jego matka Maria nie wierzą w jego winę to na barki wymęczonego trudami swojego życia Pomponiusza, spada odpowiedzialność przeprowadzenia śledztwa w sprawie zabójstwa.

Rzecz dzieję się w I roku n.e., a Jezus, Józef i Maria to postacie biblijne. Cóż to za pomysł by „świętość chrześcijańską” czynić bohaterami komedii literackiej? I jak się do tego ma (wg zdania wielu) purytański stosunek do wiary wielu naszych rodaków? Toż to zakrawa o świętokradztwo niemal! Zdaję sobie sprawę, że dla wielu to, co popełnił pan Mendoza tym właśnie będzie, ale jest jeszcze nadzieja wśród tych, którzy potrafią podejść do takiej twórczości obiektywnie mimo siły swojej wiary.

Takim właśnie osobom polecam tę lekturę, bo szkoda stracić z oczu tak mistrzowsko skonstruowaną opowiastkę (z uwagi na gabaryty pod względem ilości stron ciężko ją nazwać inaczej). Sprawność, z jaką autor połączył fakty z fikcją, ubierając to w piękny język i okraszając to świetnym (choć specyficznym) humorem zasługuje na - jeśli nie uznanie (bo ciężko tego wymagać od wszystkich) - to, chociaż na zapoznanie się z podróżą Pomponiusza.
W końcu…jakby nie patrzył…to kryminał. Tylko trochę inny – niezwykle oryginalny, a to bez wątpienia atut. 

Ocena 6/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:



Magdzie ;) 

 
1 , 2 , 3
licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...