O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.

Horror

czwartek, 02 czerwca 2011

 

 

Dawno, dawno temu…Nie, wcale nie za górami i za lasami. Raczej w zwykłej, małej miejscowości, położonej na południu Polski, gdzie wtedy spędzić mi przyszło kilka lat z mojego młodzieńczego życia, pierwszy raz wzięłam do ręki powieść Stephena Kinga.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że stanie się on jednym z moich ulubionych pisarzy i nic nie zanosiło się na to, że nim zostanie.

W amoku czytelniczym pochłaniałam wtedy niemal wszystko co nawinęło mi się pod rękę. Podczas kolejnego pobytu w bibliotece rzuciła mi się w oczy okładka z czerwonymi, psimi ślepiami wpatrzonymi we mnie – to było właśnie starsze wydanie „Cujo”.

Wtedy, jako nowicjuszka w świecie fantazji Kinga, z zupełną obojętnością potraktowałam początek powieści, który zaznajamiał czytelnika z tak często powtarzającym się u niego miejscem akcji jak Castle Rock w stanie Mine. Teraz uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem, myśląc „stare, znane mi miejsce” zupełnie tak jakbym była tam kiedyś naprawdę. Wraz z kolejnymi kartkami książki poznawałam codzienne życie mieszkańców tego małego miasteczka. Przeżywałam ich wzloty i upadki, nie wiedząc jakie zagrożenie czai się na nich tuż obok.
Wiekowa, dobra psina – pokaźnych rozmiarów bernardyn mimo, że budził respekt wśród okolicznych mieszkańców jego domostwa to nie zdawał się im być powodem do lęku czy szczególnej ostrożności w jego pobliżu. Sam Cujo nie robił nic co mogłoby w kimkolwiek wzbudzić negatywne odczucia. Do czasu…Pewnego dnia pies puszcza się w pościg za królikiem. Finał gonitwy przynosi krwawiący nos zwierzęcia i szybko rozwijającą się w jego ciele wściekliznę. Narastająca w nim agresja staje się niemożliwa do opanowania. Szybko też znajduje swoje ujście w coraz to liczniejszych ofiarach. I choć nie brakuje w tej pozycji krwawych opisów jego brutalności, przyprawiających o dreszcze na ciele to nie tylko to przeraża w całym toku akcji. Zgrozę budzą także ludzie, którym w pewnym sensie udziela się choroba psa. Czym kończy się fala okrutnych wydarzeń w Castle Rock ? To już trzeba sprawdzić we własnym zakresie.

Choć epilog może nie jest szczytem możliwości tego, wg mnie naprawdę dobrego pisarza (choć często nierównego) to przynosi zaskakujący efekt w postaci ostatecznych odczuć czytelnika. Nikt tak dobrze jak King nie sprawia, że tak mocno zżywamy się z najbardziej mrocznym elementem fabuły – ktoś/coś co winno budzić w nas wstręt czy obrzydzenie rozpala uczucie żalu i smutku.

Jak pisałam wyżej, King jest pisarzem bardzo nierównym – raz zdarza mu się popełnić absolutne dzieło w każdym calu, a raz razi kiczem. Ten tytuł, wg mnie stoi gdzieś pośrodku. Nie wzbudza takich emocji i nie wciąga jak „To”, „Bastion” czy choćby „Ręka mistrza”, ale jednocześnie wywołuje miłe wspominania tuż po zakończeniu lektury.
Może dlatego, że tak idealnie trafia w dziecięce lęki i przynosi dziwną przyjemność z powrotu do nich ? A może to inny powód ? Sprawdźcie to sami.

Ocena  4/6

12:50, ksiazkowka , Horror
Link Komentarze (7) »
niedziela, 22 maja 2011

 

Z lekka oszołomiona mocnymi lekturami jakie mam za sobą postanowiłam kontynuować proces oczyszczania umysłu ze złogów ich ciężaru. Wzrokiem wiodłam po swojej biblioteczce szukając w miarę lekkiego przerywnika. Wtem, moja uwaga zatrzymała się na

Stephen’ie King’u i jego „Roku wilkołaka”. Czy odpoczęłam ?

Oj tak…Odpoczęłam jak przy mało, której lekturze. Jednak nie z powodu jej relaksacyjnych właściwości…Raczej dzięki zwykłej i pospolitej nudzie. To czym uraczył mnie tym razem King nie można nazwać porywającą fabułą. „Rok wilkołaka” to zlepek krótkich opowieści, nazwanych kolejno miesiącami, które łączy główny bohater – wilkołak. Miesiąc po miesiącu przyglądamy się jego poczynaniom obfitującym w krwawe ofiary.
 O ile większość tych opowieści da się „przetrawić” tak jedna z nich wydawała mi się być mocno infantylna, ale może to tylko moje zdanie…


Czytając ten twór nie należy zapominać o pierwotnym jego założeniu. Miał to być bowiem tekstowy dodatek do kalendarza – takie jego urozmaicenie. Gdy efekt końcowy nie został zaaprobowany przez twórcę pomysłu, King postanowił zrobić coś by rzekomo nie stracić tego co już stworzył. Mnie natomiast wydaje się, że nie chciał tracić perspektywy ewentualnego zarobku…Istniejące już „dzieło” tylko odrobinę rozbudował i puścił w świat, że tak pozwolę sobie to ująć.

Cóż…Gdyby autor nie pozwolił sobie na lenistwo i pokusił się o rozwinięcie tego pomysłu o rozbudowaną fabułę, to ten tytuł mógłbysię obronić. Wystarczyłoby go odświeżyć i wydać w latach bieżących, a miałby szansę być całkiem godną alternatywą dla wszechobecnych wampirów-gogusiów panoszących się po literaturze dla mas…
Rasowy fan King'a przeczytać powinien (jeśli nie musi), a zaznajamiający się z jego pisarstwem lub czytający "z doskoku" mogą sobie śmiało odpuścić tę lekturę bo niewiele stracą.

 

Ocena 1/6

 

21:39, ksiazkowka , Horror
Link Komentarze (3) »
licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...