O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.

Z wojną w tle

poniedziałek, 27 czerwca 2011

 

 

Był sobie kiedyś człowiek, którego nazywali Mosze Stróż – być może tylko najstarsi mieszkańcy miasteczka Sighet (w Transylwanii) znali jego prawdziwe imię i nazwisko. Był to biedny, ale nikomu niewadzący mężczyzna, silnie uduchowiony i głęboko wierzący w Boga. Nic, więc dziwnego, że stał się pewnego dnia kimś w rodzaju duchowego mentora dla młodego, bo zaledwie dwunastoletniego chłopca imieniem Elie – głęboko wierzącego młodzieńca, który zapragnął posiąść tajniki żydowskiego mistycyzmu dzięki kabalistycznym księgom (Zohar).

I tak mijały im dni na zagłębianiu się w arkana mistycyzmu i nic nie zapowiadało by tę harmonię miało coś zepsuć. Wtem okazało się, że Mosze zniknął. Nie było go
dniami, tygodniami, a nawet miesiącami. Elie już prawie pogodził się z myślą o utracie swojego nauczyciela, gdy pewnego dnia na swojej drodze znów go spotkał. Ten, ni to naprawdę ni w szaleńczym amoku rozpowiadał wszem i wobec o nadchodzącym niebezpieczeństwie skierowanym w stronę Żydów, opowiadał o tym jak widział śmierć wielu z nich. Ostrzegał niemal każdego, kogo napotkał, ale nikt mu nie wierzył. Mieli go za wariata…
Niedługo potem mieszkańcy tego małego transylwańskiego miasteczka odbyli długą podróż w wagonach bydlęcych do obozów zagłady…

Wśród nich był także autor swoich wspomnień, wyżej wspomniany Elie Wiesel. Jako bardzo młodemu chłopcu przyszło mu się żegnać z rodziną i rozdzielać z matką i siostrą. Z ojcem dzielił trudy egzystencji w kolejnych obozach, do których ich zsyłano – począwszy od Birkenau, a kończąc na Buchenwald. To w tych miejscach przy obserwowaniu śmierci wielu ludzi (w tym maleńkich dzieci), w głodzie i chorobach przyszło mu mierzyć się ze swoją wiarą w Boga.

„Dlaczego miałbym wysławiać Jego imię? Wiekuisty Pan Wszechświata, Wszechmogący i Groźny, milczał. Za co miałem Mu dziękować?”*
Takie pytania stawiał sobie nasłuchując modlitwy ojca. Czy kogoś to zdziwi, gdy przeczyta jego relację z pobytu w centrum piekła? Mnie nie zdziwiło, a wręcz przyznawałam rację jego wątpliwościom.

To normalne, że podczas tej lektury wyzwalają się emocje - tych w niej nie brakuje. „Noc” to króciutka, bo ledwie 120 stronicowa książeczka jednak do granic możliwości naszpikowana cierpieniem, bólem i jednocześnie brakiem ludzkich odruchów. To zapis z obozowej normy dnia codziennego.

„Zapamiętajcie, zapamiętajcie na zawsze. Wyryjcie to sobie w mózgach. Jesteście w Auschwitz.”*
Tak mówił do więźniów sam Anioł Śmierci (doktor Mengele). Nie wątpię w to, że wszyscy wypełnili polecenie z dużą dokładnością i zapamiętali ten czas do końca swoich dni. Sama wyryłam sobie lekturę w pamięci na zawsze.

* cytaty pochodzą z książki

Ocena 6/6

 

sobota, 18 czerwca 2011

 

 

II Wojna Światowa objęła swym zasięgiem zdecydowaną większość państw
europejskich, część Azji, nie ominęła także Afryki, a część działań prowadzona była również na terenie podbiegunowym (Arktyka).


Podobnie było z krajami biorącymi w niej aktywny udział – nie wiele z nich miało „czyste konta”. Jednak oczy milionów zwrócone były przede wszystkim na dwa militarne mocarstwa czyli Niemcy i Rosję. Choć te przez długi czas działały w specyficznego rodzaju komitywie (zwłaszcza w odniesieniu do Polski) to nie miało to trwać wiecznie.
Niepohamowana chęć wniknięcia w struktury wroga (bo już nie „przyjaciela”) i osłabienia jego pozycji, zaowocowała w licznych działaniach wywiadowczych.

To właśnie o jednym z takich „trybików” wywiadu traktuje książka Arona Shneyera pt. „Dwa oblicza zdrady. Miedzy NKWD a SS”.
Agent, z którym rozmawia autor od początku pozostaje anonimowy dla czytelnika. Występuje tu jako Aleksander Pietrowicz Goglidze i jest wychowanym w sowieckim duchu (choć z niemieckimi korzeniami ze strony matki), członkiem SS. Wspomagany licznymi pytaniami Shneyera opowiada on o swojej „karierze” jako radzieckiego szpiega, począwszy od przygotowania do tej działalności w NKWD, przez walkę w Hiszpanii i z góry ukartowanej „zdradzie”, która miała zaprowadzić go w szeregi faszystów. Ten dobrze wyreżyserowany plan kończy się powodzeniem i dość szybko Goglidze zasila szeregi armii niemieckiej. Niedługo potem splot nie do końca fortunnych dla niego wydarzeń w efekcie przynosi już bardziej rozbudowaną działalność szpiegowską (choć stwierdzenie „rozbudowaną” może być sporne dla wielu).
Pietrowicz zdaje relację ze swoich zdradzieckich poczynań, posługując się wieloma historiami zaczerpniętymi ze swojego życia. Wiele z nich zadziwia, szokuje, niektóre wręcz wydaja się być nieprawdopodobne co autor książki wytyka swojemu rozmówcy.

I tu można by powiedzieć o wadzie tego tytułu jaką jest…hmm…nie do końca sprawdzona wiarygodność słów agenta. Niektóre jego opowieści nie mają potwierdzenia w zapisach faktów historycznych zatem czytelnikowi pozostaje wierzyć mu na słowo lub…przyjąć tę książkę bardziej jako ciekawostkę niż dokument.

Książkę czyta się szybko i z całkiem niemałym zaciekawieniem bo Goglidze swoją historie podaje w ciekawy choć miejscami bardzo dosadny sposób. Jego bezpośredniość i kontrowersyjność w jakiś tajemniczy sposób ujmuje i zmusza do dobrnięcia do ostatniej strony tej pozycji.

Ocena 4,5/6 

 



 

poniedziałek, 13 czerwca 2011

 

 

Okres wojenny w Polsce siał zniszczenie wszędzie. Wiele miast obróciło się w ruiny, a ich mieszkańcy tracili życie, opustoszając rejony, które zamieszkiwali.
Pewnie większość osób szukających w tej chwili w swojej pamięci informacji
historycznych, myśli o Warszawie i ma przed oczami obraz ogromu jej zniszczenia czy też przypomina sobie, tytuły mówiące o bohaterach walczących w jej obronie.
U niektórych może pojawiają się zapisy z losów wojennych, ich rodzinnych miast.
A czy ktoś pomyślał może o Elblągu? Szczerze w to wątpię.

Pan Tomasz Stężała, jako mieszkaniec tego miasta i pasjonat jego historii, na pewno miał świadomość tego jak mało wie się o dziejach tego rejonu (teraźniejszej) Polski, a ówcześnie Prus Wschodnich. Postanowił więc spróbować zmienić ten stan rzeczy za pomocą niniejszej książki „Elbing 1945. Odnalezione wspomnienia”. Jak sam przyznaje, jest to wynik złączenia w całość, historii zaczerpniętych z bardzo wielu źródeł (także Internetu) oraz jego własnej interpretacji faktów stąd „rasowi” historycy w przypadku niektórych wątków mogą mieć odmienne zdanie niż autor.

Jednak większość szczegółów zawartych w niniejszej pozycji jest bezsporna w odniesieniu do tego co działo się latach 1944-1945 na tym terenie. Zgadza się, że Elbing był rodzajem twierdzy dla Niemców i poligonem dla Sowietów (choć mówi się o nich jako o „wyzwolicielach”) – stąd liczne opisy „przepychanek” militarnych między tymi dwoma tyranami wojennymi. Wszystko dzieje się na oczach i z udziałem ludności cywilnej, której życie też śledzimy podczas lektury.
Początkowo to „bieganie” w toku akcji od sytuacji po niemieckiej stronie, przez sowiecką ofensywę i do życia codziennego mieszkańców, może przyprawiać o lekki zawrót głowy, ale dość szybko można się do tego przyzwyczaić. Po skończonej lekturze wydaje się to być wręcz plusem, bo nie nużyła mnie ona samymi opisami walk, a była ciekawie urozmaicona.

Na ogromną pochwałę wg mnie, zasługuje sam pomysł na połączenie w całość zbioru tak licznych opowieści. Nie jest to suchy tekst z zapisem informacji jakie udało się autorowi zebrać i okraszony jego przemyśleniami. To opowieści ludzi, dokumenty „spięte” razem za pomocą formy literackiej.
Wszystko to razem powoduje, że książkę czyta się przyjemnie i szybko. Nie powiem by była przeznaczona tylko dla historyków i osób zainteresowanych tematem – jest napisana na tyle lekkim językiem i tak skonstruowana by człowiek, który historią się słabo interesuje lub w ogóle, mógł ją z zaciekawieniem przeczytać.

 Ocena  5/6

 

środa, 08 czerwca 2011

 

 

Na końcu każdej książki traktującej o tematyce nazizmu i II Wojny Światowej jest mowa o klęsce III Rzeszy. Ideologia „rasy panów” rozsypuje się niczym domek z kart, pozostawiając za sobą armie wiernych jej ludzi. Żołnierze Wermachtu stają przed obliczem nieznanego im jutra.

Dla większości z nich (choć tak naprawdę i dla całego świata) takim momentem odgraniczającym czas panowania umiłowanego im Führera jest klęska pod Stalingradem i wizja realnego zagrożenia ze strony Sowietów.
Günter Hofé, obrazuje ten moment w historii, za pomocą stworzonego przez siebie bohatera „Czerwonego śniegu” tj. porucznika Fritza Helgerta. Oddanego służbie żołnierza, który na froncie twardy niczym stal walczy z wrogiem.
W życiu prywatnym także toczy bój gdzie chwieje się w posadach jego małżeństwo.
Sytuacja polityczna Rzeszy również staje się coraz bardziej niejasna. Idee jakim kierował się dotychczas tracą na wartości i już nie wiadomo czy lepiej trwać przy nich do końca czy też lepiej przejść na stronę wroga. Jakie ostatecznie decyzje zaważyły na jego życiu dowiadujemy się na końcu niniejszego tytułu.

Książka ta jest niezwykle konkretna. Napisana iście po męsku choć lepiej powiedzieć
chyba, że w wojskowym stylu. Nie brak tu opisów licznych walk przy pomocy najróżniejszego militarnego sprzętu.

Tytuł ten polecam przede wszystkim fanom tej tematyki. Wytrawny historyk także się w niej odnajdzie, a dla osób fascynujących się wojskiem i wszystkim tym co z nim związane to pozycja obowiązkowa.
Jako totalny laik w tej tematyce nie uważam się za osobę upoważnioną do oceny tej książki więc tę zostawiam miłośnikom militarnych pozycji.

 

Książkę wydał:

sobota, 04 czerwca 2011

 

 

Rok 1953 zapisał się dość wyraźnie na kartach rosyjskiej (i nie tylko) historii. Na samym jego początku świat obiegła wiadomość, iż w ZSRR istnieje grupa wywiadowcza, działająca na zlecenie państw zachodnich. Zrzeszać ona miała czołowych, radzieckich przedstawicieli kręgu medycznego, której celem miało być osłabienie rządu poprzez dosłowną eliminację jego członków.


Taką zdradziecką wizję przedstawił światu Józef Stalin, obawiając się środowisk 
żydowskich, działających na terenie ZSRR. Świeżo po powstaniu państwa izraelskiego, środowiska żydowskie miały działać na szkodę ojczyzny Stalina, dlatego wdrożył on brutalny plan czystek wśród ich elity. Przy pomocy terroru (to chyba odpowiednie określenie) rozpoczął działania antysemickie na ogromną skalę.
Od tego momentu nic w życiu ludzi, którym dane było stać się częścią tej chorej
koncepcji, nie było takie samo.

Bardzo skrupulatnie i z pełnym odzwierciedleniem tamtych wydarzeń, opisał to
Jakow Rapoport w swoich wspomnieniach pt. „Ostatnia zbrodnia Stalina. 1953: Spisek lekarzy kremlowskich”. Ten wyśmienity patolog stał się jedną z wielu ofiar reżimu stalinowskiego i jednocześnie jedną z nielicznych, którym udało się ten okres przeżyć. Swoje wspomnienia rozpoczyna od przytoczenia historii „lekarzy zabójców” z wcześniejszych lat. Następnie obrazuje efekt propagandy antysemickiej w społeczeństwie, wskazuje pierwsze aresztowania by wreszcie dotrzeć do momentu opublikowania historycznego komunikatu. Na łamach radzieckiej prasy on i wielu innych wybitnych lekarzy zostaje określony mianem potwora i mordercy w białym kitlu. Dalej, dzieli go już tylko moment od aresztowania
i pobytu w więzieniu.

Wszystko co go w tym okresie spotkało, znosił dzielnie i z honorem. Nie brakowało mu też poczucia humoru, którego sarkastyczne i z lekka zgryźliwe zabarwienie ujęło mnie doszczętnie:
„Po kąpieli ustawiono mnie przy letnim kaloryferze z rozkazem:
- Schnijcie!
Wykonywałem rozkaz i starannie schnąłem(…)”*
Liczne z lekka „poetyckie” sformułowania, określenia czy rozbrajające porównania definitywnie przypieczętowały w mojej pamięci tę książkę jak i (przede wszystkim) samą jego osobę.

J. Rapoport to wyjątkowa postać opisana w wyjątkowej pozycji. Oprócz wyczerpujących opisów z doświadczeń autora znaleźć tu można istne kompendium wiedzy na temat sytuacji politycznej ówczesnego państwa radzickiego.
Konkretna i odpowiednia lektura dla zainteresowanych tematem jak i laików, którzy dopiero pierwszy raz „usłyszeli” o tych wydarzeniach.


* „Ostatnia zbrodnia Stalina. 1953: Spisek lekarzy kremlowskich” Jakow Rapaport; str. 152

 Ocena  4/6

Książkę wydał:

 

 
1 , 2
licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...