O tym co przeczytałam i co zapadło mi w czytelniczą pamięć.

Powieśc obyczajowa

piątek, 01 lipca 2011

Na początek małe ogłoszenie parafialne. Ogłoszenie wyników losowania w ramach Wygrywjki nr 2, odbędzie się jutro.

 

Samotnie balansujący na tafli wody, papierowy statek. Na nim maleńki pasażer – biedronka niczym samotny żeglarz. Woda niewzburzona i wymownie spokojna. Cały ten obraz okalany niezwykle ciepłymi barwami – od pomarańczu zachodu słońca, po ciemny brąz zacienionego jeziora. Wszystko to razem tworzy spokojną harmonię, której zdaje się, nawet wiatr nie mąci. Idealne miejsce do letniego wypoczynku dla wygłodniałych oczu literackiej ostoi – tak zdaje się mówić okładka „Listów z jeziora”, a czy jej zawartość to potwierdza?

Ta, na pierwszy rzut oka bezpieczna przystań to okolice jednego z mazurskich jezior. Miejscowość o niezbyt wdzięcznej, ale dobrze oddającej częstą aurę w tym rejonie, nazwie – Szaruga. Choć słońca tu nie brakuje to jednak deszcz dość często skutecznie płoszy wczasowiczów z rejonu pobliskiego jeziora - tutejsi w pośpiechu umykają do swoich domów, natomiast przyjezdni, jak co dzień znajdują schronienie u pani Ireny, szefowej (jak nazywa ją personel) cieszącego się dobrą sławą, pensjonatu.
Miejsce to jest niezwykle klimatyczne, ma swoje lata i stałych klientów – wielu wraca do tej oazy spokoju, co rok. Zdaje się, że pośpiech dnia codziennego, gonitwa za dobrami materialnymi i przede wszystkim, problemy omijają ten pensjonat szerokim łukiem. Nic też nie zapowiada by tym razem miało być inaczej. Jednak pani Irena, jako pierwsza przekonuje się, że brak trosk (niczym stały element inwentarza jednego z jej pokoi) nie jest wpisany na stałe w codzienne życie Szarugi. Harmonię tę burzą niegroźne z pozoru zielone koperty, które przynosi jej niemal, co dzień listonosz. Doręczyciel często podśmiewa się wymownie przy przekazywaniu przesyłek, widząc regularnie pojawiające się koperty w znanym już sobie kolorze, myśląc, że szefowa zyskała cichego wielbiciela. Jednak ich treść szybko pozbawia złudzeń ich adresatkę – ktoś grożąc wyjawieniem jej mrocznego sekretu z przeszłości, nakazuje jej pozbycie się pensjonatu i jak najszybsze opuszczenie miejsca, które tak pokochała.


Kto stoi za tymi listami? I dlaczego szantażuje Irenę? Tego dowiadujemy się na samym końcu ksiązki – dosłownie na końcu. Przez większość toku akcji nie ma żadnej wzmianki, która choć trochę nakreślałaby osobę szantażysty (nie licząc domysłów Ireny), jedynym znakiem mówiącym „jestem tu i dalej będę cię dręczył” są wcześniej wspomniane listy. Przyznaję, że nie tego się spodziewałam po tym tytule. Opis dawał mi nadzieję, na powieść obyczajową, w której dominującym wątkiem będzie element thrillera. W efekcie dostałam jego zupełną odwrotność. „Listy z jeziora” to papierowa forma telenoweli obyczajowej, jakich wiele w telewizji z licznymi wątkami miłosnymi, od czasu do czasu przeplatana pogróżkami, z których bardzo długo nic nie wynika. Domyślić się, kto za tym stoi też jest dość łatwo…Ostatecznie stwierdzam, że gdyby pani Agnieszka Korol zrezygnowała z tego wątku i pozostała przy ciepłej życiowej powieści bez tego typu „ulepszaczy”, zapisałaby się znacznie lepiej w mojej pamięci jako pisarka.

Czy to oznacza, że skreślam tę lekturę? Nie, absolutnie. Książka ta jest fantastyczną odskocznią od problemów, z którymi borykamy się, na co dzień jak i od poprzednich oraz przyszłych „ciężkich” lektur. Jeśli potrzebujemy chwili wytchnienia, lektury niewymagającej, wprost idealnej na okres letniego wypoczynku to będzie to wybór jak najbardziej właściwy.

Ocena 4/6

 

Za możliwość przeczytania ksiązki dziękuję:

 



 

licznik odwiedzin




NAPISZ DO MNIE





Lubię czytać



Spis moli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...